O mnie

Od 2002 roku mieszkam w Korei Południowej. Przyleciałam tutaj na Globalne Stypendium Samsunga, na które składały się dwa lata nauki na Korea University i późniejsza praca w Głównej Siedzibie Samsung Electronics. Mimo wielu trudnych chwil zachłysnęłam się Koreą podobnie jak wiele innych osób i już tutaj zostałam.

Na blogu opisuję moją codzienność w tym kraju: pracę w koreańskim jaebolu, życie w koreańskiej rodzinie, poruszanie się po koreańskiej rzeczywistości, ale też liczne podróże po regionie.

Osobista relacja z pierwszych pięciu lat mojego pobytu w tym kraju została zawarta w książce "W Korei. Zbiór esejów 2003-2007" wydanej nakładem wydawnictwa "Kwiaty Orientu". Zapraszam do lektury.

NOWA WERSJA BLOGA: www.wkorei.blogspot.com

Arichwum

Broń palna w Korei

 

Koreańczycy to nie aniołki. Owszem, mężczyźni są przeważnie delikatniejszej konstrukcji fizycznej z zaledwie wybiórczymi przypadkami groźniejszej facjaty, a Koreankom dziecięcej filigranowości można jedynie pozazdrościć. Z wyglądu do rany przyłóż. Trudno jednak o bardziej mylące pozory. Pod wiszącymi na szczupłych ciałach garniturami nierzadko chowa się bynajmniej nie piwny sześciopak i jako takie umiejętności taekwondo, a za słodkim uśmiechem naburmuszonych usteczek kryć się może impulsywny charakterek i całkiem silna piąstka. Koreańczycy mimo osławionego jeong” („정”), czyli wrodzonej życzliwości, potrafią wybuchać jak wulkany. Ognista lawa bucha wtedy z ich trzewi z nieokiełznaną furią siejąc spustoszenie wokoło ku uciesze diabła w suchej wierzbie. Amoku tego można doświadczyć czasem w metrze lub na pogrążonych już w oparach alkoholowych ulicach, słychać go też od czasu do czasu w nocy u sąsiadów. W takich przypadkach wystarczy się jak najszybciej ewakuować, bardziej dla zdrowia psychicznego niż w obawie przed uszczerbkiem na zdrowiu fizycznym.

 

Korea jest krajem względnie bezpiecznym. Mimo sporadycznie pojawiających się w mediach informacjach o makabrycznych wyjątkach, czuję się tutaj dość komfortowo nawet pomimo świadomości powalającej siły rażenia koreańskiego gniewu. Wiem po prostu, że jeżeli już ten pojawi się na horyzoncie, w znakomitej większości przypadków użytą bronią będzie jedynie podniesiony głos. Wracając późną nocą do domu krew nie ścina mi się w żyłach na widok chyboczącego się na wietrze cienia, nie obawiam się agresji, gdy podchodzi do mnie nieznajomy. A już na pewno nigdy nie przyjdzie mi na myśl, że ktoś może nagle zacząć wymachiwać mi przed nosem giwerą. W codziennych relacjach co najwyżej ktoś kogoś porządnie opluje słowem, względnie trzaśnie w pysk w toku rozwiązywania problemów przy kieliszku soju, gdy sprawy wymkną się niepostrzeżenie spod kontroli „jeong”. Ludzka rzecz w sumie, a co ludzkie nikomu nie powinno być – wedle Terencjusza przynajmniej – obce.

 

Strzelanie z karabinu do dzieci jak do kuropatw ludzką rzeczą nie jest. Tak samo, jak (fry)wolny dostęp do zabawek, których wyłącznym przeznaczeniem jest sianie śmierci. Przypadki masakr ColumbineVirginia Tech, czy ostatnio Connecticut potwierdzają tę oczywistą przecież prawdę. Niestety dopiero po fakcie. W Korei dostęp do broni palnej jest mocno ograniczony. Oprócz skromnej liczby myśliwych, którzy poza sezonem i tak muszą składać swoje strzelby w depozyt na posterunku policji, pistolety posiada ok. 180 000 ludzi. To jedyne 0,36% na prawie 50 milionów mieszkańców (dla porównania na 100 Amerykanów przypada 88,8 sztuk broni palnej). Każdy, kto już chciałby nabyć tego rodzaju oręż jest dokładnie prześwietlany pod względem karalności, kondycji mentalnej i ważkości powodów, dla których wnioskuje o licencję. Cała procedura jest niesamowicie skomplikowana, a aplikant, którego sprawa została rozpatrzona pozytwynie, musi dodatkowo przejść szkolenie z zakresu bezpieczeństwa użytkowania broni. Pozwolenie na broń wydawane jest na okres pięciu lat, po których upływie cała procedura jest powtarzana. Z tego powodu nawet świat przestępczy ma duże problemy z dostępem do podstawowych narzędzi swojej profesji, ale nie tylko – filmowcy tworzący wojenne lub gangsterskie kawałki muszą stawiać czoła zagmatwanej biurokracji w przypadku scen z atrapami broni, a miłośnicy Paintball zmuszeni są do daleko posuniętych modyfikacji swoich zabawek, żeby sprostać obostrzeniom regulacyjnym. Takie podejście stawia Koreę na jednym z najniższych miejsc w rankingu przestępstw z wykorzystaniem broni palnej.

 

Kolektywistyczna kultura Korei Południowej też na pewno w dużym stopniu przyczynia się do znikomej liczby przestępstw z użyciem tego rodzaju broni. W Korei bezpieczeństwo gwarantować ma wspólnota oraz państwo. To powszechny pogląd respektowany przez obie strony: zwykłego śmiertelnika i sprawujących władzę. Ludzie poruszają się w mniejszej lub większej zbiorowości (ja nazywam to „kręgami” o różnym zasięgu), którą można porównać do ula, gdzie każda pszczółka ma określoną rolę do spełnienia, a dobro wspólnoty jest ważniejsze niż jej własne. W zamian jednak społeczność ta zapewnia owadowi wszystko, co potrzebne do całkiem znośnego życia w spokoju i harmonii. Indywidualistyczne podejście Amerykanów każe im natomiast czuć się odpowiedzialnym za swoje własne bezpieczeństwo, a przez to automatycznie stawia każdą inną jednostkę w opozycji do ich własnego interesu. Każdy staje się potencjalnym przeciwnikiem. W takim ujęciu każdy musi wziąć przeznaczenie w swoje własne ręce, a jeżeli spoczywa w nich spluwa to ma się przecież większe szanse na przeżycie lub ochronę swojego dobytku. W różnicach prawa regulującego dostęp do kupna i sprzedaży broni palnej i właśnie w tym odmiennym pojmowaniu świata upatruję głównych powodów, dla których USA i Korea stoją na przeciwstawnych biegunach wspomnianego rankingu.

 

Koreańczycy to też – tak jak pisałam wcześniej – nie aniołki. I to nie tylko ze względu na sporadyczne wybuchy niekontrolowanej złości, które teoretycznie mogłyby doprowadzić do strzelaniny na miarę tej w Connecticut. Większość mężczyzn w Korei jest całkiem nieźle obyta z arkanami posługiwania się bronią palną, a to ze względu na dwuletnią służbę wojskową, obowiązkową dla każdego posiadacza koreańskiego paszportu. Przeciętny Koreańczyk wie więc o wiele więcej na temat broni ostrej niż przeciętny Amerykanin, a wiedzę tę mógłby – znowu teoretycznie – z łatwością wykorzystać do niecnych zamiarów. Kolonizacja japońska, szereg wojen, jakie targały Półwyspem, autorytarne rządy Park Jeong Hee, namacalna obecność amerykańskich baz wojskowych, sąsiedztwo z jednym z najbardziej nieobliczalnych krajów starego reżimu (obie Koree znajdują się ciągle w stanie wojny; Korea Północna prowokuje od czasu do czasu wymianę ognia, podczas której giną przecież ludzie) – to wszystko powoduje również, że tematy wojskowe, bezpieczeństwa narodowego i osobistego pozostają tutaj w powszechnej świadomości obywateli. Nawet chodząc po górach wokół Seulu natknąć się można na zasieki, wieżyczki strzelnicze, czy bunkry. Dlatego też przeciętny Koreańczyk jest za pan brat z poczuciem zewnętrznego zagrożenia podobnie jak przeciętny Amerykanin. Mimo tego, jeżeli w Korei dochodzi już do tragedii z użyciem broni palnej, to najczęściej ma to miejsce albo w bazie wojskowej (w 2007 roku jeden z szeregowców, który nie wytrzymał presji i przy użyciu karabinu i granatu zabił 8 osób – skazano go na karę śmierci) albo wywołane jest przez osoby, które mają powiązania z instytucjami egzekwowania prawa (w 1982 roku policjant ukradł z bazy wojskowej dwa pistolety i siedem granatów, których użył do zamordowania 57 mieszkańców pobliskiej wioski, po czym sam wysadził się w powietrze). Nie ma tutaj natomiast mowy o mordzie z legalnie nabytej broni palnej, co diametralnie odróżnia sytuację Korei od tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych.

 

W kontekście Stanów Zjednoczonych często mówi się o prawdziwej wolności. Kraj ten jawi się niczym El Dorado, niewyczerpywalne źródło możliwości rozwoju, sukcesu i dobrobytu. Tutaj każdy może się w pełni zrealizować, jeżeli tylko tego chce. O ile jednak człowiek czuje się wolniejszy w kraju, gdzie wolność drugiego człowieka nie ogranicza mojej własnej. W kraju takim, jak Korea, gdzie przechodnia nie trzeba taksować od góry do dołu w obawie przed niespodziewanym atakiem, gdzie nie trzeba kurczowo zaciskać torebki lub chować telefonu do głębokiej kieszeni w trwodze przez uzbrojonym złodziejem, gdzie nie trzeba zamykać od wewnątrz klasy w obawie przed psychicznie chorym terrorystą lub zamykać się w kuloodpornej klatce na stacji benzynowej przed gotowym na wszystko frustratem. W tym wypadku to właśnie silna ręka państwa z domieszką tradycyjnej, kolektywnej kultury stoi na straży wewnętrznego spokoju i harmonii w społeczeństwie. Oferuje konkretną wolność bez jakże niepotrzebnych ofiar.

 

Post został zainspirowany artykułem z bloga Askakorean.

Polecam podcast BBC na temat broni palnej w Korei Południowej do odsłuchania tutaj.

 

 

Czas na kimchi

 

 

Na osiedle zajeżdżają długo oczekiwane ciężarówki z kapustą pekińską (배추/baechu). Okres kiszenia kimchi (김치), tzw. kimjang (김장), zostaje oficjalnie otwarty. Panowie sprawnie roznoszą pod drzwi mieszkańców zamówione dużo wcześniej worki z zielonymi główkami. Każdy ogląda swój towar, jakby od niechcenia porównując go z tym stojącym przed mieszkaniem sąsiada. Przyrządzanie kimchi, nieodzownego dodatku każdego koreańskiego dania, jest w końcu jednym z najważniejszych wydarzeń kulinarnych w roku, a jakość przystawki w znaczącym stopniu wpływa na samopoczucie Koreańczyków przez cały nadchodzący rok konsumpcji. Dobre kimchi to podstawa dobrego dnia i powód dumy koreańskich gospodyń domowych.


Najpopularniejszy rodzaj kimchi: baechu kimchi
(podobno istnieje ponad setka rodzajów tej przystawki).
<Źródło: Wikipedia>


Zakasujemy rękawy, robotę czas zacząć. Każdą z główek kapusty kroimy wzdłuż na pół lub cztery części w zależności od wielkości warzywa, a następnie porządnie obmywamy je w wannie. Kapustę zostawiamy na ok. 12 godzin w mocnym roztworze solnym, żeby liście zrezygnowały ze swojej buńczucznej chrupkości i przyjęły bardziej elastyczną postawę pomocną w późniejszym formowaniu z niej zgrabnych kłębków. Zmarszczoną już solą kapustę przepłukujemy ponownie wodą i odkładamy do czasu obróbki papryczną marynatą przygotowywaną w międzyczasie. (Teściowa wiedząc o mojej tendencji do zapisywania tego rodzaju wspomnień biega po domu robiąc fotki.)

 

Posiekana kapusta pekińska (baechu).
<Źrodło: Mama PWY>


Góry kapusty pekińskiej już po moczeniu
w wodzie z solą.
<Źrodło: Mama PWY>

 

Ostra zaprawa do kimchi, tzw. yangnyeom (양념), bazuje na sproszkowanych papryczkach chilli, do których dodajemy całe spektrum warzyw, owoców morza i sosów. W zależności od tradycji rodzinnych, ale też i regionu Korei składniki te przyjmują najróżniejsze wariacje. Pośród nich znaleźć można: koreańską rzodkiew mu (무), cebulę, szalotkę (쪽파/jjokpa), pietruszkę japońską (미나리/minari), liście chryzantemy jadalnej (chrysanthemum coronarium) (쑥갓/ssukgat), zmiażdżone ząbki czosnku, zieloną część czosnku bulwiastego (부추/buchu), posiekany na cienkie plasterki imbir, anchois, malutkie piklowane krewetki (새우젓/saeujeot), sos rybny z rodziny dobijakowatych (까나리액젓/kkanariaekjeot), a czasem nawet zmielone koreańskie gruszki. Niektórzy dodają też na koniec ostrygi, ale tego rodzaju kimchi trzeba dosyć szybko zjeść, w przeciwnym razie można się rozchorować. Jak widać, żeby przygotować porządną marynatę do kimchi trzeba się nieźle naobierać, naszatkować i namieszać…

 

Niektóre ze składników do przygotowania baechu kimchi.
Na pierwszym planie koreańska rzodkiew mu (무).
<Źródło: Mama PWY>

 

Przygotowana już zaprawa do kimchi.
<Źrodło: Mama PWY>

 

Na sam koniec pozostaje nam tylko założyć wielkie gumowe rękawice i listek po listku wysmarować warzywo w paprycznej masie. Przygotowany w ten sposób głąb kapusty układamy w miły oku kłębuszek i umieszczamy w szczelnych plastikowych pojemnikach, w których kimchi będzie sobie spokojnie fermentowało przez następny rok, składowane w specjalnej lodówce przeznaczonej wyłącznie do tego celu. Tradycyjnie kimchi przechowywało się w wielkich glinianych dzbanach umieszczonych w ziemi, a lodówka do kimchi ma te warunki (m.in. temperaturę, czy obieg powietrza) w pełni odzwierciedlać. Jej szczęśliwą zaletą jest też ochrona przed dosyć specyficznym zapaszkiem fermentującego kimchi, nie przez wszystkich jednakowo przyswajalnym.

 

Specjalna lodówka na kimchi.
<Źródło: blog.asianhotels.com>

 

Przygotowywanie kimchi na cały rok to ciężka robota. Podobnie jak wszyscy Koreańczycy, dzień zmagań wieńczymy z teściową i PWY zajadając bossam (보쌈), czyli wieprzowe plastry mięsa przyrządzone na parze i zawinięte we właśnie co zrobioną przystawkę. Wszystko nas boli, w milczeniu oceniamy szkody wyrządzone przez wżerający się w ubranie papryczny sos (nie do sprania!). Po chwili czujemy już jednak rozchodzące się po ciele ciepło alkoholu ze śliwek, który ponad 5 lat temu, jeszcze przed naszym ślubem, zrobiła teściowa. Z pełnym żołądkiem i miłym szumem głowy rozluźniamy się i opowiadamy sobie różne historie. Do drzwi dzwoni sąsiadka (ta sama, która robiła kiedyś pionowy szpagat na lodówce mojej teściowej) i częstuje nas kilkoma główkami swojego własnego, świeżo przyrządzonego kimchi. Odwdzięczamy się tym samym, czym w końcu czynimy zadość ostatniej tradycji związanej z przyrządzaniem koreańskiej kiszonki. Wygrzewając obolałe członki na elektrycznym kocu przed ogromnym telewizorem teściowej sezon kimjang 2012 ogłaszam za zakończony.

 

Ja i PWY podczas wcierania marynaty w liście kapusty.
<Źrodło: Mama PWY>

 

Przepis na kimchi dla każdego: 
http://www.wikihow.com/Make-Kimchi

 

Anipang

 

Gierka jest naprawdę niepozorna. W ciągu minuty trzeba połączyć w horyzontalną lub wertykalną triadę identyczne głowy zwierzaczków za co otrzymuje się punkty. Schemat stary jak świat. Dlaczego więc gra ta w ciągu zaledwie 74 dni podbiła serca aż 20 milionów Koreańczyków (70% użytkowników wszystkich smarfonów), spośród których połowa czuje wewnętrzny przymus, żeby wrócić do niej przynajmniej raz dziennie?

 

Anipang – sposób gry

 

Powodów jest kilka. Najpoważniejszy to ten mający podłoże w chorobie trawiącej koreańskie społeczeństwo – jest nim zaciekła rywalizacja między ludźmi na wszystkich możliwych polachAnipang, bo tak nazywa się aplikacja, podczepiony jest pod bardzo popularny komunikator Kakaotalk, którym posługuje się większość Koreańczyków (swoją drogą świetny programik – polecam!). Dzięki takiemu rozwiązaniu każdy użytkownik może porównać swój wynik ze wszystkimi „kontaktami” w swoim telefonie. A to z kolei spędza każdemu sen z powiek – dosłownie. Sześć milionów uczniów szkół podstawowych gra w Anipang w czasie lekcji ale też i po nocach, ponieważ miejsce w rankingu stanowi o pozycji podlotka na forum klasy. Ci bardziej dojrzali (?) obmyślają strategie, które pozwolą na uzyskanie lepszych rezultatów: w internecie można znaleźć instruktaż odnośnie najskuteczniejszych taktyk parowania tych samych bloków, ale również i najbardziej efektywnego sposobu trzymania telefonu podczas gry (!); ktoś sprawdził nawet, że dwie osoby grające razem na jednej planszy uzyskać mogą o wiele więcej punktów. Seniorzy też dali się wplątać w szał współzawodnictwa do czasu, gdy niektórzy z nich zaczęli uzyskiwać ponadprzeciętne wyniki – okazało się, że koreańscy dziadkowie poszli po rozum do głowy i kazali swoim bardziej sprawnym potomkom nabijać punkty w ich imieniu. Obecnie nawet PWY musi od czasu do czasu podwyższyć miejsce swojej mamy w ogólnej klasyfikacji tak, żeby nie musiała się wstydzić przed koleżankami (konieczność posiadania torebek Louis Vuitton itp. opiera się na identycznym schemacie mentalnej presji). Innym szatańskim chwytem programistów jest ograniczenie gry do jednej minuty. Oznacza to, że już po chwili uzależniony delikwent może rozpocząć grę zupełnie od nowa, a co za tym idzie w krótkim odstępie czasu otrzymuje on kolejną szansę pobicia swoich przeciwników. Ma tu zastosowanie kuszący mechanizm „może tym razem się uda”. Diabelską sztuczką jest też resetowanie wszystkich wyników co 7 dni – w ten sposób każdy ponownie otrzymuje szanse na medal w kwalifikacji. I tak w koło Macieju.

 

Instruktaż odnośnie najefektywniejszego
trzymania telefonu

 

Anipang zasiał ferment w koreańskim społeczeństwie. Aplikacji używa się w środkach komunikacji publicznej (kłaniają się długie godziny dojazdów do / z pracy) oraz w domu (niewielu Koreańczyków wie, jak zagospodarować swój wolny czas – mężczyźni najczęściej oglądają telewizję lub śpią). Po zużyciu pięciu serduszek odczekać należy 8 minut, żeby uzyskać nowe „życie” chyba że nowym serduszkiem wspomoże przyjaciel – znajomi nękają się przez Kakaotalk prośbami o nadsyłanie nowych „żyć” lub zapraszają niezrzeszonych do gry, za co w nagrodę otrzymują upragnione serduszka. Często ma to miejsce w nocy, kiedy ludzie spokojnie śpią. Ci, którzy nie mają ochoty uczestniczenia w tym amoku konkurencji muszą ściągnąć aplikację tylko po to, żeby być w stanie zablokować podobne prośby. Do niedawna wersja Anipang na Iphone nie była dostępna więc miłośnicy urządzeń Apple byli absolutnie bezradni wobec podobnych wiadomości.

Screenshot tabeli rankingowej

 

Obsesyjna potrzeba dążenia do osiągnięcia jak najwyższego miejsca w rankingu oraz negatywny wpływ na codzienne funckcjonowanie jednostek są na tyle poważne, że 20 listopada koreańskie Ministerstwo Równości Płci i Rodziny (Ministry of Gender Equality and Family) ogłosi swoją decyzję odnośnie włączenia Anipang na listę gier uzależniających („addictive game list”). Jak na razie Ministerstwo nie ma planu, żeby nakazać zamknięcie gry, ponieważ regulacje tego rodzaju odnoszą się tylko do uzależniających gier komputerowych, a nie aplikacji mobilnych.

 

Starsza pani (ok. 60 lat) grająca
w Anipang w metrze (zdjęcie wykonane
przez Leszka Moniuszko)

 

Tymczasem na rynku pojawiła się nowa gra zakotwiczona w KakaotalkDragon Flight, która powoli bije rekordy popularności swojej poprzedniczki. Tak, jak Anipang jest to bardzo prosta gierka, znana chyba każdemu z tradycyjnych gier video, polegająca na zabijaniu nadlatujących z góry obiektów. Różnica jest taka, że w Korei autorzy tej gry zarabiają 150 000 000 KRW (ok. 450 000 zł) na… dzień, co chyba najdobitniej obrazuje powagę problemu…

 

Rozmowa kwalifikacyjna

 

Zamykają za sobą drzwi z grobowo poważnymi minami. Truchtem ustawiają się naprzeciwko. Jeden wydaje komendę, po której następuje synchroniczny ukłon do pasa. Siadają w fotelach. Ręce oparte na kolanach, wyprostowana sylwetka, twarz pozbawiona emocji. Nadszedł czas walki o wszystko, albo nic. Czekają na pytania.

 

Po odsłuchaniu kilkudziesięciu książkowych „self-introduction” oraz wyuczonych na pamięć, przepełnionych frazesami hymnów na cześć firmy, dla której pracuję, zaczynam wierzyć, że DSME jest najwspanialszą firmą na świecie („the best company in the world”)… i że wszyscy młodzi Koreańczycy są zapaleńcami piłki nożnej („Do you know Park Ji Seong?” po raz trzydziesty czwarty; jeszcze chwila i zacznę sobie rwać włosy z głowy…). Robi się markotno, nie pomaga nawet stos ciastek i cukierków, ani tony darmowej kawy z kawiarni na dole. Razem z Jasonem, Kanadyjczykiem, który tak jak ja został poproszony przez HR o przesłuchanie ponad 400 kandydatów na stanowiska w naszej firmie, decydujemy się zmienić taktykę. Kierujemy się jedynie własnym zdrowiem psychicznym, ale rezultaty przekraczają nasze najśmielsze wyobrażenia.

 

Na początku doświadczamy różnych reakcji. Ci bardziej spięci, którzy szczerze wierzą, że rozmowa kwalifikacyjna to walka o śmierć i życie, dostają najczęściej nerwowych skurczów twarzy. Jakiś zdradziecki mięsień pod okiem lub w okolicach ust zaczyna niekontrolowanie drgać denuncjując umysłowy paraliż delikwenta (tzw. menbung / 멘붕). Są na skraju paniki – na ich przypudrowane czoła wychodzi zimny pot, wzrok zmienia status z „pewnego” na „rozlatany”. Inni z niedowierzaniem wpatrują się w nas trawiąc przez kilka sekund pytanie, po czym wybuchają nerwowym chichotem. W obu przypadkach dajemy kandydatom trochę czasu na dojście do siebie. Jak rodzice cierpliwie tłumaczymy, czego oczekujemy, podajemy przykłady, stroimy żarty, dajemy w końcu 30 sekund do namysłu. A zadanie jest przecież takie proste: chcemy, żeby opowiedzieli nam o czymś, co uważają, za swoje największe osiągnięcie życiowe, coś z czego są szczególnie dumni, lub coś co świadczy o ich ponadprzeciętności (temat piłki nożnej jest zakazany, chyba że byli na piwie z Park Ji Seongiem). Domagamy się od nich niezwykłości, wyjścia poza szufladki zapełnione po brzegi rupieciami z dobrych ocen, a to wprawia ich w widoczny popłoch. Przynajmniej na początku.

Koreańczycy są jednym z najwyższych narodów Azji.
Aż zrobiłam sobie zdjęcie z chłopcami, którzy mają
ok. 190cm wzrostu.
Kolega po lewej wspinał się na Annapurnę, a ten po
prawej kierował ruchem helikopterów

 

Nasza dociekliwość konsekwentnie naoliwia z lekka zardzewiały już mechanizm skrzydeł. Z każdym kolejnym pytaniem skrzydła te rozwijają się zajmując coraz więcej miejsca. Kandydaci w końcu łapią wiatr i odlatują zapominając o właściwym celu swojej wizyty. Z rozgorączkowaniem opowiadają o swoim życiu, deklamują wiersze po japońsku, płynnie mówią po włosku lub chińsku („Pogoda jest piękna, ale ty jesteś dwa razy piękniejsza”), tańczą (breakdance, popping dance), lub uczą nas tańczyć (shuffle dance, moonwalk), śpiewają (Metallica, Michael Jackson, gospel, a nawet pansori), lub każą nam śpiewać (Janis Joplin), grają na wirtualnych bębnach lub w wirtualnego ping ponga (przegrywam…). A potem roześmiani, ale też trochę rozgoryczeni, że to już koniec („I could never imagine!”) wychodzą przyklepując zwichrzone piórka, z wypiekami na twarzy, potykając się o siebie. Pozbawieni kaftanu bezpieczeństwa zszytego z konwenansów. Nadzy i wspaniali.

Inżynierowie próbowali wytłumaczyć nam różnicę
między „elasticity” i „plasiticity”. Koncepcyjnie niestety
nie podołali…, a przecież to względnie prosty koncept.

 

A oto kilka przykładów śmietanki (być może kogoś one zainspirują), z luźnym podziałem na kategorie:

 

1. Wolontariat

  • odbudowa Haiti po tsunami razem z ojcem, właścicielem firmy budowlanej
  • odbudowa wybrzeży Indii po tsunami, moralne wspieranie poszkodowanych w szpitalach
  • budowanie wałów przeciwpowodziowych we Francji (dziewczyna)
  • wiele przykładów pracy wolontarystycznej w ramach Habitat for Humanity

 

2. Praca

  • 7 miesięcy w Kuwejcie przy budowie elektrowni w ramach stażu u naszej konkurencji
  • staż w organizacji pozarządowej polegający na pracy badawczej na wysypiskach śmieci w Indiach, Turcji i Egipcie („It was smelly”)
  • dowodzenie ruchem helikopterów z wieży kontrolnej
  • rok opieki nad niemowlakami w żłobku (chłopak)
  • zarządzanie renowacją motelu swoich rodziców („The toughest thing in my life”) – 5 pięter, 27 pokoi

 

3. Podróże

  • 7 miesięcy w Kenii, dorabianie na podróż nauką matematyki i taekwondo w jednej z misjonarskich szkół
  • podróż do Indii bez absolutnie żadnego przygotowania („I was too busy at school. I just took a plane.”) i 27-godzinny przejazd pociągiem w kierunku pustynii bez kropli wody, jedzenia lub pójścia do toalety („I had no idea it will take 27 hours…”)

 

4. Projekty

  • projekt laski dla niewidomych z sensorem kierunkowym, który wysyła do prawego lub lewego ucha sygnał o przeszkodzie
  • patent na zarządzanie zgubionym smartfonem; zdalnie można ściągnąc wszystkie dane, ale także zmieniać hasło dostępu do urządzenia, co skutecznie blokuje możliwość sprzedaży urządzenia przez złodzieja)
  • papierowa łódź z kartonów mleka (od wewnątrz pudełka te mają wodoodporną powłokę) napędzana wiosłami z trzonów papierowych ręczników wypchanych papierem dla twardości – przepłynięcie nią rzeki Han
  • oświetleniowe wskazywanie najbliższego miejsca do parkowania w wielkich marketach (pełna optymalizacja całego ruchu)
  • producja filmu dokumentalnego na temat: „Gdzie podziewają się zwłoki gołębi?” – pytanie pozostało bez odpowiedzi

 

5. Kształtowanie charakteru

  • 7 miesięcy sprzątania toalet w Australii („It was terrible”), żeby zarobić na dwumiesięczną podróż po kontynencie
  • 450-kilometrowy marsz wokoło Korei z 40-kilogramowym plecakiem (30km/dzień) („It was terrible”)
  • 3 lata pracy na wózku widłowym w TESCO, żeby opłacić własne studia
  • wyprawa na Annapurnę bez przewodnika lub bagażowych („I don’t really like mountains. I just wanted to check whether I can do it”)
  • wyjazd do Nowej Zelandii w celu uzyskania inspiracji od byłego menedżera funduszy, który rzucił pracę i założył farmę strusi (decyzja o wyjeździe podjęta po zobaczeniu filmu dokumentalnego w telewizji)
  • świetny angielski z kalifornijskim akcentem bez jednego nawet wyjazdu za granicę: samodzielna nauka przed lustrem – też gestykulacji i sposobu bycia – wszystko po to, żeby mieć dostęp do globalnej wiedzy na temat astrofizyki
  • wyprawa rowerowa z Seulu do Seokcho przez góry Seoraksan: 9 godzin bez jednego zejścia z roweru („Last 3km on a hill were the worst. I thought I was dying”; „From that experience I know I can do anything”.)

 

6. Hobby

  • audiofil: odlał sobie w gipsie formę ucha, żeby firma precyzyjnie dopasowała mu słuchawki
  • dziewczyna trenująca 10 lat kendo („I usually win, also with boys, but they don’t know that I am a girl”)
  • producent R&B: w następnym roku wydany zostanie jego pierwszy krążek
  • inżynier-romantyk, który długopisem pisze listy do swojej dziewczyny i wysyła je pocztą; w wolnych chwilach lubi „piłowanie metalu” (nie starczyło nam już czasu, żeby dopytać się, co ma dokładnie na myśli)

 

Nie obyło się też bez sytuacji absurdalnych, kiedy to naprawdę ani ja, ani Jason, nie byliśmy w stanie zachować już powagi – po dziesiątkach rozmów jakaś zapadka w mózgu niebezpiecznie odchyla się w kierunku języczka „filuteria” i nic już nie można na to poradzić. Kilka razy naprzemiennie musieliśmy chować się pod stołem z powodu wstrząsających naszymi ciałami konwulsji śmiechu. Oto przykłady:

 

Pytanie:                 Do you know the name of Busan mafia?

Odpowiedź:            Ok. Let me introduce myself.

 

Pytanie:                 How do you relieve your stress?

Odpowiedź:            I have a girlfriend.

 

Pytanie:                 How are you?

Odpowiedź:            I am single.

 

Pytanie:                 What was the highlight of your 7-month stay in England?

Odpowiedź:            I got my English name “James”.

 

Pytanie:                 What do you do in Maryland?
Odpowiedź:           Crap!! (dziewczyna miała na myśli, że jada się tam kraby, czyli

„crab”, a nie „crap”, czyli robi… kupę)

 

 

Doświadczenie, które miało być dla mnie drogą przez mękę, dało mi mnóstwo pozytywnej energii. Koreańscy dwudziestoparolatkowie – przynajmniej ci, których poznałam – to ludzie nieprzeciętni. Wystarczy tylko podłubać chwilę, przebić się przez skorupę wystudiowanego formalizmu, a światło dzienne ujrzy cała plejada niezłych charakterków. To ludzie, którzy jeżeli tylko odpowiednio ukierunkowani, mogą podbić świat. Teraz rozumiem, jak wielka jest między nimi konkurencja i cieszę się, że jestem już poza jej zasięgiem. Przynajmniej na razie…

 

Dość już Kangnam Style

 

Martwi mnie kult badziewia. Smuci tłum ślepo drepczący w pędzie ku bylejakości. Drażnią manipulanci, którzy następnie tę owczą masę ujeżdżają na wszystkie możliwe strony, jak tylko chcą. Ku własnej uciesze i wymiernej korzyści.

 

Ot, krzywo podskoczył, wydobył z gardła kilka pohukiwań, pokręcił się głupawo wokół długonogich panienek, a świat w odpowiedzi oszalał. PSY osiągnął to, czego wielkie koreańskie wytwórnie ze swoimi bezlitośnie tresowanymi gwiazdami nie były w stanie dokonać przez długie lata – wspiął się na Olimp świata rozrywki. Ot tak sobie, sprawczą ręką bałwochwalczego tłumu.

 

 

W samej Korei popularność „Kagnam style” bazuje najprawdopodobniej na tęsknocie młodszej części społeczeństwa za głębszym oddechem, oderwaniem się od wszystkiego, co przynosi zatwardziały konfucjanizm; powodzenie przeboju to wynik chęci uwolnienia się od narzuconych ideałów, których nie sposób osiągnąć, a do których w tym niezwykle homogenicznym społeczeństwie i tak trzeba dążyć. To przejaw wewnętrznej potrzeby młodzieży, a nie rewolucyjny zamysł PSY. Jego dalece odbiegający od lansowanych wzorów wizerunek jest niczym więcej, jak przypadkowym narzędziem burzącego się pokolenia. Pamiętajmy, że „artysta” sam przyznaje, że „jest jedynie grubym, nie za przystojnym facetem”. Najwyraźniej sam nie za bardzo wie, o co w tym wszystkim chodzi.

 

Większość fanów z zagranicy ulega czarowi chwytliwej melodii, rytmu i samego tańca. To największa grupa ludzi, która odstawiając kabaret z PSY, chce choć na chwilę zapomnieć o codziennych troskach. Nic w tym chyba zdrożnego, jeżeli tylko zachować zdrowy rozsądek. Są też tacy, którzy bez pomyślunku „lajkują” albo „szerują” piosenkę po to, żeby broń Boże nie pozostać w tyle za muszącą mieć przecież rację większością. Albo tak na wszelki wypadek, nic to przecież nie kosztuje (a może jednak?). Dzięki owczemu pędowi PSY osiąga (ku lekkiemu zniesmaczeniu takich <chwilowych> cyników, jak ja) tzw. „tipping point” – marzenie każdego aspirującego do roli bożyszcza – kiedy to lawiny popularności nic już nie jest w stanie powstrzymać. Od tej pory wszyscy mogą już tylko słuchać, produkować kolejne analizy fenomenu (vide ja), tańczyć (jak mu zagrają) i tak w kółko, niemalże jak niewolnicy: wystarczy spojrzeć na Britney Spears, czy Nelly Furtado – dziewczyny nie wyglądają za zbyt rozentuzjazmowane okolicznościami, w których się znalazły (w przeciwieństwie oczywiście do uchachanej publiczności). Mało tego! „Kangnam style” zyskuje na tyle krytyczną masę, że zaczyna być instrumentem nawet w amerykańskiej kampani prezydenckiej (patrz video poniżej). To oraz różne wykonania i interpretacje hitu są konsekwencją wirusa „tipping point”, wzajemnym masażem między PSY, a jego naśladowcami, którzy w zamian za dalsze rozsławianie melodii promują siebie i swoje poglądy. I tak to się sprytnie kręci.

 

 

Ostatnio pojawiają się opinie ludzi, którzy w szlagierze „Kagnam style” doszukują się jakiejś ideologii, charakterystyki koreańskiego społeczeństwa, ważkiego przesłania. Osoby te albo nie przeczytały ze zrozumieniem tekstu piosenki, albo świadomie płyną na przyjaznych wodach popularnego utworu. Kawałek PSY ma być rzekomo kpiną z nowobogackiego stylu zamieszkujących dzielnicę Kangnam lub Apkujeong, aktywnym sprzeciwem wobec przywiązania do pieniądza jako elementu wyznaczającego status w społeczeństwie. W usta PSY wkłada się frazesy typu „pieniądze nie dają szczęścia”, „spełnienia trzeba szukać gdzie indziej”. I to wszystko ma pochodzić od osoby urodzonej, a jakże by inaczej, w Kangnam. Od tego samego PSY, który ze względu na swój status prawie co wymigał się od dwuletniej służby wojskowej (sąd skazał go na dodatkowe dwa lata – koszmar wszystkich koreańskich mężczyzn!), dzięki pieniądzom rodziców studiował w Bostonie/USA oraz który masowo kręci kolejne intratne reklamy przyprawiając niezaangażowanych śmiertelników o gwałtowne mdłości z powodu na okrągło memłanego refrenu. I który dalej nie wie, o co właściwie chodzi więc na wszelki wypadek duszkiem wypija butelczynę soju pod czujnym okiem zgromadzonego na koncercie tłumu.

 

Już dość, naprawdę dość. Zeskoczmy z prawie na śmierć zajeżdżonego już konia i w końcu przyznajmy, że KRÓL JEST NAGI!

 

I postarajmy się być bardziej odpowiedzialną publiką. To nie boli.