View Anna Sawinska's profile on LinkedIn


WSPOMNIENIA
Z AZJI

Wietnam

Sajgon (Ho Chi Minh)
Delta Mekongu (Ho Chi Minh-Mytho-Cantho)
Chau Doc - Phnom Penh
Cu Chi Tunnels i Mui Ne
Hanoi (I)
Ha Long Bay
Hanoi (II)
Tam Coc i Ninh Binh

Kambodża

Phnom Penh i Sihanoukville (I)
Phnom Penh i Sihanoukville (II)
Angkor Watt

Indonezja

Kuta/Bali (I)
Kuta/Bali (II)
Kuta/Bali (III)
Kuta/Bali (IV)
Tulamben/Bali
Padang Padang/Bali
Kuta/Bali (V)
Bogor i Bandung/Jawa
Bandung/Jawa
Yogyakarta (I)/Jawa
Borobudur i Pambanan/Jawa
Yogyakarta (II)/Jawa
Medan/Sumatra
Bukit Lawang/Sumatra
Danau Toba/Sumatra
Samosir Island/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (I)/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (II)/Sumatra

Singapur

Singapur

Malezja

Panuba/Tioman Island (I)
Panuba/Tioman Island (II)
Panuba/Tioman Island (III)
Panuba/Tioman Island (IV)
Kuala Lumpur (I)
Kuala Lumpur (II)
Kotakinabalu

Tajlandia

Bangkok (I)
Sairee/Koh Tao (I)
Sairee/Koh Tao (II)
Sairee/Koh Tao (III)
Sairee/Koh Tao (IV)
Bangkok(III)
Bangkok(III)
Bangkok i Phuket (I)
Bangkok i Phuket (II)

Laos

Pakbeng
Udomxai (I)
Udomxai (II)
Muang Khua (I)
Muang Ngoi (I)
Muang Ngoi (II)
Luang Prabang (I)
Luang Prabang (II)
Phonsavan (I)
Phonsavan (II)
Van Vieng
Vientiane (I)
Vientiane (II)

Hong Kong

Hong Kong (I)
Hong Kong (II)
Hong Kong (III)

Makao

Makao

Tajwan

Tajpej (I)
Tajpej (II)
Yangmingshan
Taroko Gorge
Tajpej (III)
Tajpej (IV)

Korea Południowa

Festiwal żeńszenia
KU vs Yonsei 2002

Team



Jakość pracy w dużej mierze zależy od ludzi, z jakimi się pracuje.

Mam świetnego szefa. Wysyła mnie non stop w podróże służbowe, pyta o zdanie w większości wypadków (ku rozdrażnieniu mojego bezpośredniego przełożonego), wymaga dużej odpowiedzialności i ciężkiej pracy ale zawsze w świetnych projektach. Ma też magiczną właściwość zasypiania w każdym możliwym momencie, a po przebudzeniu bezproblemowego kontynuowania wątku bez żadnego uszczerbku dla płynności dyskusji. Dlatego też kontynuuję swoje sprawozdania nawet jeżeli smacznie pochrapuje przede mną, zatopiony w swoim skórzanym krześle. Najbardziej podziwiam w nim to, że nie podnosi na nikogo głosu, nie okazuje zdenerwowania, czy frustracji. Wszelkie złe emocje kipiące z ludzi dookoła chwyta w ręce, obraca w garści przed zaciekawionymi oczami, wyrzuca przez okno po zrozumieniu ich tła, po czym kontynuuje rozmowę odnosząc się wyłącznie do jej treści.

Reszta mojej grupy jest równie... nietuzinkowa. Lider grupy to ekstremalnie mało konkretny, starszy pan, który w jednym zdaniu, a nawet w jednym ciągu (a każde słowo jest wyraźnie oddzielone od kolejnego pauzą filozoficznego zastanowienia) potrafi zmieścić „tak, i wtedy, tak czy owak, i wtedy, tak, tak więc... no tak”. A ponieważ gustuje w pogaduszkach najprostszy przekaz może trwać czasem i pół godziny. Poza tym przemiły mężczyzna, dzielnie znoszący czternastogodzinowe trudy lotów klasą ekonomiczną i to pomimo swoich tytanowych dysków.

Nad projektem w Kanadzie pracuję z dwoma osobnikami płci męskiej. Jeden ma bardzo wstrząsający zwyczaj potężnego charkania. Po obiedzie przeszklone drzwi do naszego piętra wesoło podrygują w rytm wypluwanej prez niego w łazience flegmy. W odpowiedzi dzień w dzień na czas przerwy obiadowej uzbrajam się w odtwarzacz mp3. Z głośną muzyką. Pracuje mi się z nim bardzo dobrze – wyjazdowe rzeki piwa razem przepite robią swoje. Drugi miał wypadek helikopterowy (przeżył tylko on i mój szef) i teraz jest zaawansowanym alkoholikiem. Wygląda bardzo smutno, je tylko ryż. Rano nie warto organizować z nim spotkań. Nikt nie lubi z nim współpracować. Moim zdaniem ma niesamowite poczucie humoru i czasem potrafi zaskoczyć iście genialną błyskotliwością.

W kalifornijskim projekcie towarzyszył mi były pracownik Accenture, który konsekwentnie przychodzi do pracy, kiedy chce oraz namiętnie kwestionuje polecenia przełożonych (obie cechy bardzo rzadko spotykane w kulturze koreańskiej). Poza tym prawdziwy gentleman – przynajmniej dla mnie. Wyraźnie traktuje mnie jak prawdziwą damę.

W mojej grupie jest też mężczyzna, który bez przerwy nosi białe rękawiczki natrętnie przypominając mi szofera eleganckiego wozu. To z powodu choroby skóry. Dalej mamy dziewczynę bezpardonowo wrolowaną w rolę sekretarki, gdy takowa z hukiem odeszła z pracy. W rezlutacie koleżanka jest wściekła jak osa (i słusznie) i żeby zarezerwować bilet lotniczy muszę przekonywać ją miłą pogawędką i dobrej jakości kawką. 

Do tego doliczyć należy trzech nowoprzybyłych: jeden nie może oderwać się od swojego iPhone’a (dźwięki dochodzące z tego diabelskeigo urządzenia doprowadzają wszystkich do szału); drugi wygląda jakby połknął miotłę (nawet jego szczęka wygląda na sztywną); trzeci to młodziutka dziewczyna – i tutaj nie dostrzegłam jeszcze żadnej specyficznej cechy oprócz względnej pewności siebie (duży plus).

Na domiar kolorytu na samym końcu jest ktoś jeszcze. Obcokrajowiec. Kobieta. Ja.



Anna 2010-01-27 09:50:53 skomentuj (1)
Podatki



Podatek dochodowy w Korei wynosi ok. 10%. To pierwsza bardzo przyjemna wiadomość. 

Druga to taka, że złożenie deklaracji podatkowej zabiera mi mniej niż 10 minut. Wystarczy wejść na odpowiednią stronę, wstukać swój numer socjalny oraz hasło do podpisu elektronicznego, po czym ma się dostęp do wszystkich swoich danych, od których można odpisać podatek (wydatki kartą kredytową czy debetową, wydatki na leki, ubezpieczenie, mieszkanie etc.). Ślicznie posegregowane liczby drukuje się, a następnie przekazuje sekretarce, która dalej podaje papiery HR-owi. Potem już tylko czeka się na zwrot podatku. I tyle.

Podpis elektroniczny to naprawdę świetna rzecz. Dzięki niemu mam dostęp do wielu usług internetowych, których alternatywą jest bieganie po urzędach, wypisywanie druczków i marnowanie czasu w kolejkach. Do banku nie uczęszczam. Wszystkie transakcje wykonuję online (przekazy rejestrowane są po kilku sekundach niezależnie od rodzaju banku) również te zagraniczne (przekaz dochodzi w 2-3 godziny). Internetowo inwestuję pieniążki i internetowo dokonuję zakupów. 

Jestem wielką fanką wygody, na którą pozwala mi Korea.



Anna 2010-01-15 10:28:34 skomentuj (5)
Podróże i Szeroki Świat



Głosowanie na  
BLOGA ROKU 2009  rozpoczęte!

ETAP II (Głosowanie SMS)
: DO 21 STYCZNIA, GODZ. 12.00


Jeżeli chciał(a)byś oddać głos na mojego bloga :] wyślij 
sms o treści


D00095
(gdzie 0 = zero)

na numer telefonu

7144

UWAGA! Na dany blog można
głosować tylko raz z jednego numeru telefonu
(też z telefonów w roamingu).


Dochód z smsów przeznaczony zostanie na cele charytatywne.

Koszt SMS: 1,22zł


Z góry dziękuję za każdy
jeden oddany na mnie głos! :]



Anna 2010-01-12 15:09:47 skomentuj (3)
Rok Białego Tygrysa



Szykuje się nam wyjątkowy rok. Według księżycowego kalendarza chińskiego (rozpoznawanego również w Korei) od 15-go lutego 2010 do 2-go lutego 2011 dane będzie nam kontynuować żywot w Roku Tygrysa - i to nie byle jakiego, bo Białego. Taka gratka zdarza się raz na całe 60 lat. Tutejsze władze zacierają już ręce w prawdopodobnie uzasadnionej nadziei, że najniższy na świecie wskaźnik urodzin w ich kraju odbije się w końcu od dna.


                            "Śniący tygrys", Nam Jeong Yae (남정예), 2009
 

Tygrys, jako postać związana z mitologicznymi początkami narodu koreańskiego, ma ogromne znaczenie w jego kulturze. Motyw tygrysa przeplata się w świątynnych freskach i malowidłach, dekoracjach, malarstwie, pomnikach, rytualnych obrządkach, a także w symbolice współczesnej (maskotka Olimpiady w Seulu w 1988 roku, symbol jednego z trzech najważniejszych uniwersytetów - Korea University). Co ciekawe wielu dopatruje się również sylwetki tygrysa w samym kształcie Półwyspu Koreańskiego.


                           Półwysep Koreański w kształcie tygrysa.
 

Legenda mówi, że dawno dawno temu, za górami i lasami, dwójka drapieżnych zwierząt, tygrys i niedźwiedź, wyznaczyła sobie dosyć osobliwy cel. Oboje zapragnęli przeobrazić się w postać ludzką. Swoje przygotowania rozpoczęli od modlitw do Najwyższego Boskiego Regenta – Hwangung’a (황웅). W końcu, po długim oczekiwaniu, Hwangung zdecydował się dać szansę specyficznym aplikantom wyznaczając dla nich bardzo trudny test. Ofiarował im dwadzieścia główek czosnku oraz garść bylicy i nakazał spożywać wyłącznie to święte pożywienie przez okres stu dniu, w czasie których mieli oni też unikać światła słonecznego. Test okazał się zbyt wymagający dla tygrysa – opuścił on dzieloną z niedźwiedziem jamę już po dwudziestu dniach. Niedźwiedź sprostał zadaniu w rezultacie czego zamienił się niebywałych wdzięków kobietę Ungnyeo (웅녀). Po jakimś czasie kobieta-niedźwiedź poczuła się samotna i pod sandałowym drzewem rozpoczęła ponowne modlitwy do Hwangung’a – tym razem o męża i dziecko. Wspaniałomyślny Hwangung ponownie wysłuchał modłów, wziął Ungnyeo za żonę, a ta wkrótce powiła mu syna – Dangun’a (단군). To właśnie Dangun utworzył na Półwyspie Koreańskim pierwsze starożytne królestwo Gojoseon (고조선). Tak właśnie, w roku 2333 p.n.e., narodziła się Korea.


  "Tygrys i sosna", autor nieznany, XIXw.

 
Jeszcze do niedawna tygrys był obecny fizycznie w codziennym życiu Koreańczyków. W kilkutysięcznej historii Korei odnotowano wiele przypadków ataków na mieszkańców wsi położonych u podnóża wszechobecnych w Korei gór (75% powierzchni). Szczątki tych, którzy spotkania twarzą w twarz z tygrysem nie przeżyli, chowano w specjalnie wyznaczonych dla tego typu ofiar miejscach, a samo miejsce pochówku oznaczano nagrobkiem o odmiennym kształcie. Wszystko po to, żeby duch tygrysa nie był w stanie podążyć za duszą człowieka do zaświatów. Ostatni tygrys w Korei został zabity w październiku 1921 roku. O wytępienie tego zwierzęcia często oskarża się Japończyków, których w okresie kolonizacji Korei (1910-1945) prześcigali się w trofeach z ich upolowanych ciał.


 

 
                 Ostatni tygrys w Korei zabity w październiku 1921 roku.


Z okazji Roku Białego Tygrysa w Korei planowanych jest wiele związanych z tym zwierzęciem wydarzeń. W dwóch zoo będzie można zobaczyć prawdziwe białe tygrysy. Tymczasem za oknami wyjątkowo i zastanawiająco biało. Trzydziestocentymetrowe, ciężkie puchem dywany na gałęziach drzew, zaspy na drogach i chodnikach. Do pracy podążam w dwudziestojednostopniowym mrozie. Nieugięte Koreanki niezmiennie szarżują w ostrych szpilach.

 
                              "Tygrys i sroka", autor nieznany, XIXw.



Anna 2010-01-06 07:14:02 skomentuj (10)
Wesołych



Święta Bożego Narodzenia w Korei są z oczywistych względów tradycją zupełnie niezrozumiałą. Świętowanie sprowadza się do picia piwa ze swoimi połowicami w wystrojonych migoczącymi lampkami knajpach. Od „codziennego” picia różni się ten okres jedynie tym, że niektóre pary zakładają na głowę czapeczki Świętego Mikołaja. Nikt niczego nie pichci, nikt nie przystraja stołu, nie ubiera choinki (kupuje się je plastikowe z przylepionymi już klejem, równie plastikowymi bombkami), nie wypatruje pierwszej gwiazdki, nie dzieli się opłatkiem, nie zasiada do uroczystej kolacji. Oprócz jednego dnia wolnego oraz fenomenalnie przystrojonego w różnorakie oświetlenia miasta, nie ma w tym okresie niczego wyjątkowego. Nawet pracuje się do późna. I tyle na temat Świąt Bożego Narodzenia w Korei.

Dla Koreańczyków najważniejszymi, spędzanymi z rodziną świętami jest Księżycowy Nowy Rok obchodzony zazwyczaj w lutym (
설날, Seollal) oraz Dzień Dziękczynienia (추석, Chuseok), który wypada na przełomie września i października (oba święta ruchome). Na dwa tygodnie przed kalendarzowym końcem roku jednak, całą Koreę ogarnia alkoholowy szał mierzony w nadzwyczaj skoncentrowanej ilości rzygowin na chodnikach. Jest to okres, kiedy należy napić się z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, kolegami ze szkoły, z wojska, z pracy, kuzynami, współpracownikami i partnerami w biznesie. Może nie „napić się”, a po prostu „upić się”. I to na umór. Sam Sylwester świętowany jest już spokojniej. Większość ludzi wychodzi na ulicę Jongno (종로), gdzie znajduje się wielki, tradycyjny dzwon - bosingak (보신각). Raz do roku, właśnie w Sylwestra, burmistrz miasta razem z innymi zasłużonymi wybija na nim ostatnie sekundy tego, co było*...

Wesołych Świąt i Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku!

_____________________________
Sprostowanie: Jak się okazało bosingak nie wybija ostatnich sekund roku, a bije 33 razy (niesamowity, rozchodzący się wibrującym brzmieniem dźwięk) już po północy.




Anna 2009-12-24 03:03:40 skomentuj (6)
Związki Zawodowe



Kanadyjski prawnik profesjonalnie marszczy czoło i z lekka wydyma usta notując w skupieniu i z pełnym poważaniem każde słowo mojego koreańskiego szefa. Wyprostowana na baczność asystenka po lewej robi to samo tyle że na najnowszej generacji notebooku. Czując już co się święci desperacko próbuję zapanować nad moim zmęczonym różnicą czasu i ciągłymi lotami ciałem. Kiedy jednak widzę mało profesjonalne, pięciozłotówkowe oczy kanadyjskiego prawnika, jego w powietrzu zawieszone pióro i otwartą buzię asystentki, wiem, że jestem na straconej pozycji. Pochylam głowę zasłaniając usta ręką. Odkasłuję. Zamykam oczy. Walczę. Po chwili zawieszenia w gęstej konsternacji słyszę „Oh... really?” i wiem, że poniosłam porażkę. Moim ciałem zaczyna wstrząsać spazmatyczny chichot. Zrzucam długopis i chowam się pod stołem. Z oczu ciekną mi łzy.

W mojej pracy często mam do czynienia z dosyć zabawnymi sytuacjami, kiedy to nasi rozmówcy nie mają pojęcia, jak interpretować wystąpienia i zachowanie Koreańczyków. Nagle komunikacja sprowadza się nie tylko do przekazywania prostych informacji w języku angielskim ale też do rozumienia niuansów azjatyckiej kultury i intuicyjnej ich wykładni. Niewielu sobie z tym radzi. Jednym z moich zadań jest tłumaczenie z angielskiego na angielski.

W powyżej opisanym przypadku mój szef po raz wtóry (i mimo próśb o niedzielenie się takowymi przypowiastkami z naszymi partnerami) z dumą opowiadał o związkach zawodowych w naszej Frimie. Wyglądało to mniej więcej tak:

„My też mamy związki zawodowe. Bardzo silne. Mamy z nimi świetne doświadczenia. W latach dziwiędziesiątych około dziesięć, albo dwanaście może osób rzuciło się z dźwigów. To bardzo wysoko. Acha! Przedtem wylali na siebie benzynę i podpalili się. Tak, mamy bardzo silne związki zawodowe i świetne z nimi doświadczenia. Dokładnie wiemy, jak sobie z nimi radzić.”



Anna 2009-12-21 08:38:59 skomentuj (2)
Zmęczenie Materiału



Nagle zaczęłam pleść od rzeczy. Nie byłam w stanie sformułować w słowa żadnej bardziej złożonej myśli. Na czoło wystąpił mi pot nadwyrężonego skupienia, a ręce próbowały pomóc wymowną gestykulacją. Bezskutecznie. W ciągu krótkiej pół godziny całe ciało zaczęło mnie nieoczekiwanie boleć. Stawy kolanowe, krzyż, plecy, głowa. Raz trzęsłam się z zimna, raz policzki traktowały mnie malowniczymi wypiekami. Kiedy ktoś poklepał mnie po ramieniu, zrozumiałam, że nawet skóra zbuntowała się przeciwko mnie. Mimo naglących terminów, opatuliłam moje wzburzone ciało w ciepły płaszcz i zabrałam je do domu, do łóżka i do cieplutkiej poduszki elektrycznej. Tam, ciągle obruszone złym traktowaniem, nagrodziło mnie wymownie częstymi wędrówkami do toalety. 

Koreańczycy stan ten określają słowem momsal (
몸살) – „choroba z przemęczenia”. W najmniej oczekiwanym momencie (w moim przypadku najczęściej po przymusowo zbyt zakrapianej kolacji) ciało poddaje się i znienacka wypina się na właściciela każdą istniejącą komórką. Rewolta jest na tyle efektywna, że nie jest się w stanie robić zupełnie nic – tylko spać i jęczeć w momentach przebudzenia. No i latać do toalety. Co też z poddańczą rezygnacją czyniłam przez półtora dnia. Po zapaleńczym, ale krótkotrwałym buncie następuje reset, reboot i człowiek, niczym sfinks powstający z popiołów, odradza się na nowo jako jedność umysłu i ciała. Ale to tylko wtedy, gdy obok jest ktoś od rozgrzewających masażów, gotowania pokrzepiających zupek i podawania witaminy C w postaci naturalnej (mandarynki). 

Bez tego ani rusz...



Anna 2009-12-08 07:37:04 skomentuj (9)
Powrót



Całe koreańskie lato, wczesna i późna jesień przeszły mi koło nosa. Przed nastaniem zimy w góry udało mi się pójść tylko raz nad czym bardzo ubolewam (jesień w Korei jest przepiękna). Większość tego okresu przemieszkałam w Kanadzie i USA pracując nad jednym z naszych ważniejszych projektów. Czas spędzony zbyt produktywnie zawodowo i zbyt samotnie pod względem osobistym. PWY odwiedził mnie tylko raz.

Wzbogaciłam się o nową perspektywę. Po raz pierwszy w życiu doświadczyłam, jak wyglądać może etat w zachodniej firmie. Aż trudno w to uwierzyć, ale w wieku 32 lat moje frustracje zawodowe dotyczą wyłącznie pracy w firmach koreańskich. Do tej pory nie miałam pojęcia o tym, jak funkcjonują firmy z bliższej mi kulturowo części globu. A nie wygląda to za różowo. Uszczypliwości, ciągłe konfrontacje, darcie szat, biorące na wymioty schlebianie przełożonym, malkontenctwo, marnowane godziny na pozbawionych treści opiniach każdego jednego z uczestników spotkania... W podskokach powróciłam do zimy i swojego biurka w Seulu.

A mogłam tam przecież pracować. W wiecznie słonecznej Kalifornii z ciągle błękitnym niebem (nudy, nudy, nudy!). Z bardzo dużym wahaniem przyjęłam nawet ofertę. Nic z tego jednak nie wyszło (to ta część frustracji, którą składam na barki pracy w Korei). I, o dziwo, poczułam ulgę i wewnętrzne zadowolenie. Uczucie to bardzo mnie zdziwiło...



Anna 2009-11-25 11:18:22 skomentuj (3)
Ucieczka




Nie ma ucieczki. Nawet tutaj w Orange County, Kalifornia. 

Wyb
ór biura powierzyliśmy koreańskiej agencji nieruchomości. Wystrój wnętrz kolejnej koreańskiej firmie. Za całe IT odpowiedzialny jest koreański kontraktor. Wszyscy nowi pracownicy (a przejęliśmy firmę amerykańską) to wychowani w USA Koreańczycy. Z lotniska wozi nas Koreańczyk posiadający własną sieć taksówek. Dzień w dzień jemy w koreańskich restauracjach, których tutaj bez liku. Nawet burmistrz Irvine jest Koreańczykiem. Przykładów mogę podać o wiele więcej.

Nie chodzi o to, że współpracujemy z Koreańczykami. Chodzi o to, że współpraca ta oparta jest na dwukierunkowej wyłączności. Koreańskie restauracje gotują wyłącznie dla Koreańczyków. Koreańczycy niemalże wyłącznie chodzą do restauracji koreańskich. I tak w każdym przypadku. W czasie lunchu, dokładnie tak, jak w Korei, przed wejściem ustawia się długa kolejka czekających na swoją kolej. Na pięciominutowy obiad, któremu towarzyszy obficie lejący się pot będący wynikiem nadmiaru paprycznych przypraw i wysokiej temperatury posiłku. Obok restauracja japońska dla porównania. A w niej przedstawiciele różnych ras w rozkładzie niemal proporcjonalnym. Delektujący się w spokoju, każdy na swój własny sposób, przykładnie zaprezentowanym posiłkiem. Opadają mi ręce.

Jestem gdzieś pomiędzy. Zawieszona między zaufaniem Koreańczyków wynikającym z długoletniej z nimi współpracy, a kolorem skóry i płcią. Dysonans ten niezręcznie konfunduje moich przełożonych i współpracowników. Szczególnie w takich sytuacjach, jak ta, w której obecnie się znajduję. Nikt nie może wyobrazić sobie mnie jako koreańskiego delegata. Nikt nie może sobie mnie wyobrazić jako pracownika lokalnego. Rezultatem jest mieszanka lokalnego zatrudnienia i koreańskiej płacy. Rozwiązanie dla mnie najgorsze.


Nie ma ucieczki.



Anna 2009-10-25 23:51:50 skomentuj (5)
Przyjaciel



Kilka lat temu, kiedy jeszcze co każdy piwny wieczór przepychaliśmy się bardzo różnymi wizjami świata, mówił, że kobieta, a tym bardziej dziewczyna/żona, nie może być przyjacielem mężczyzny. 

Przed wyjazdem był wieczór w mocno podejrzanej knajpie, gdzie pysznego placka z ośmiorniczką i zieleniną „pajeon” (
파전) zapijaliśmy sfermentowanym winem ryżowym „makkoli”(막걸리). Nie mogliśmy się sobą nasycić. Błahostkami w pracy, własnym punktem odniesienia do tych czy innych spraw i przyszłością, jaka powoli zaczyna się przed nami formować. Pakować zaczęłam się dnia następnego na dwie godziny przed wyjazdem. Wyjazdem na cały okrutny miesiąc. Miesiąc bez jego ramion wokół mojej talii…

Tamtego wieczoru powiedział, że jestem jego najlepszym przyjacielem.



Anna 2009-09-08 07:40:43 skomentuj (6)
Grafik



Kanada:            3 tygodnie
Korea:              5 dni
USA:                10 dni
Korea:              4 dni
Niemcy:            1 tydzień
USA:                3 tygodnie

Wakacje:          ?


Anna 2009-08-20 06:14:48 skomentuj (8)
Klonowy organizm



Budynki kanadyjskich miast połączone są ze sobą tętnicami pulsującymi maszerującymi nimi ludźmi. Szklane tunele żył wiją się ponad ulicami i pod ziemią łącząc miasto w jeden żywy organizm. Przepływające tunelami człowiecze krwinki chronią się ciepłymi rękawami przed sezonowym zimnem. Serce miarowo bije.



Anna 2009-07-29 01:56:59 skomentuj (6)
Buraczki




Czasem bardzo nie lubię Koreańczyków. Na przykład wtedy, kiedy z obrzydzeniem wypluwają buraczki z ćwikłą w polskiej restauracji w Montrealu, wyłuszczając przy tym swoje światłe opinie o rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia. Podbudowując swoje ego kolejną okazją do bezspornego besztania (moje usta są zamknięte bo jem, jem, jem…).

W takich momentach nie potrafię pojąć ich braku zrozumienia, że przynajmniej raz w roku chcę się do cholery tymi buraczkami w spokoju nacieszyć. Nie mieści mi się w głowie, że ludzie, którzy bez kimchi nie są w stanie wytrzymać trzech dni, potrafią być aż takimi ignorantami jeżeli chodzi o osoby trzecie. 

Wieczorem w koreańskiej restauracji nie tknęłam ani listka kimchi, nie zmoczyłam nawet ust w szklance soju. Nie mogłam się zmusić. Był tylko kufel Rickard’s Amber i les haricots verts



Anna 2009-07-24 20:25:46 skomentuj (7)
To, co naprawdę ważne




Korea na pewno nie jest krajem, gdzie promuje się kreatywny sposób wyrażania własnych uczuć. Ogólnie przyjęty standard zachowań, jakkolwiek żenujący on by czasem nie był, bezwględnie rządzi każdą minutą dnia Koreańczyków. To dosyć smutne podjeście do życia jest spuścizną konfucjańskiego kolektywizmu, gdzie indywidualizm tratkowany jest jedynie jako niebezpieczne wynaturzenie zagrażające dobru ogółu.

Patrząc na mojego siedemnastoletniego ucznia, który biega w koszulce z napisem „Polska”, marzy o studiach we Wrocławiu i karierze przewodnika po Polsce, który chce być tak dobry w judo, jak Paweł Nastula, który rzuca szkołę średnią, żeby samemu się uczyć tego, co naprawdę warto, i który jednej soboty przychodzi na lekcję języka polskiego w dread’ach a drugiej w afro, nabieram jednak otuchy. Takiej przez wielgachne „O”.

Jeszcze głebiej oddycham, kiedy słucham Sungha Jung (
정성하), koreańskiego trzynastolatka bosko po prostu interpretującego na gitarze znane kawałki (niektórzy opisują swoją reakcję na jego wystąpienia jako „eargazm”) oraz, po zaledwie trzech latach samo-nauki podczas przerw w szkole, komponującego swoje własne utwory. 

Mam wrażenie, że jeżeli tacy ludzie istnieją, to ludzkość (a w tym szczęśliwie i Korea^^) po prostu nie może duchowo wyginąć.




 

"Come Together" - The Beatles (Sungha Jung, 12 lat)




 "Billy Jean" - Michael Jackson (Sungha Jung, 13 lat)




 

"With or without you" - U2 (Sungha Jung, 12 lat)





 "Mission Impossible Theme" (Sungha Jung, 12 lat)




 

"Hit the road Jack" - Ray Charles (Sungha Jung, 11 lat)




Anna 2009-07-16 09:14:01 skomentuj (5)
Północ - Południe



O pociskach lądujących w głębinach Morza Wschodniego (jak Koreańczycy nazywają Morze Japońskie) czytam jakby miało to miejsce bardzo daleko i nie dotyczyło mnie bezpośrednio. W ciągu dnia nie poświęcam tematowi zbyt wiele czasu. Upodobniłam się w tym do Południowokoreańczyków. W Korei Południowej nikt nie rozprawia o możliwości nagłego ataku z Północy. Nikt nie prowadzi publicznej dyskusji, nikt nie rozprawia o tym „gorącym temacie” przy porannej kawie, nikt nie rozważa ewentualnej ewakuacji lub konieczności zbrojenia, nikt nie zaprząta sobie głowy lokalizacją najbliższego bunkra. Mieszkańcy Południa przyzwyczajeni są do politycznych gierek Północy i jakąkolwiek demonstrację siły z jej strony traktują jedynie jako pożywkę dla zagranicznych mediów i głów państw kilku wybranych mocarstw. Mimo że technicznie ciągle w stanie wojny z Północą, na moje pytania odnośnie obecnego stanu rzeczy, Południowi Koreańczycy reagują jedynie pobłażliwym uśmiechem. A następnie rozpoczynają dyskusję o sytuacji ekonomicznej kraju, kursie koreańskiego wona, cenach nieruchomości, i o tym, jak bardzo nie znoszą obecnego prezydenta. Reszta to tylko szum medialny i niepotrzebne zaprzątanie ludziom głowy.

Wyobrażam sobie siebie po drugiej stronie. Wiem, że gdybym ciągle mieszkała w Polsce i nie miała z Koreą wiele wspólnego, wszystko wyglądałoby dla mnie bardzo poważnie. Z zacięciem śledziłabym artykuły, czytała naukowe rozprawki i światłe analizy oraz prowadziła ożywione dyskusje na ten temat. Z perspektywy, w której dało mi się znaleźć, wszystko wygląda jednak jak cyrk, na arenie którego grana jest sztuka pod rozgrzaną z oburzenia publiczność. Teatr jest tak naprawdę kiepski, ale że główni aktorzy są ogólnie rozpoznawani i w jakiś sposób egzotyczni, to przedstawienie ciągle jest na afiszu.  Ku uciesze większośći z tychże aktorów...


 
Anna 2009-07-08 10:16:49 skomentuj (7)
Email Me

Księga Gości



Zdjęcia Picasa



Zdjęcia Flickr




Alter Egos
W Korei Koreańskie miraże.
Residues Wyładownia.

Nauka
Maiko Język japoński.

Branżowe
Andrzej Szczęśniak Energetycznie.

Oglądam
iTVP Telewizja interaktywna.
ZDF Nachrichten.
TV5 L'actualité mondiale.
RTVE En directo.

Czytam
Przekrój Szerokie horyzonty.
Focus Nachrichten.
Hankyoreh Co słychać w Korei.
El Mundo Hiszpańska perspektywa.
Le Monde Francuski punkt widzenia.

Fotografia
Eric Lafforgue His trips. His pics. Rozwieram buzię.
Agnieszka Samouwielbienie.
Bart Przez Świat.
Gruzja Majaki.

Na wygnaniu
Anna Głód świata
7736km Tylko tyle dzieli Polskę i Koreę.
Monika Polska w oczach Koreanki.

Życie rodzinne
Maja Związki pomiędzy.
Exsilentio Przesłodko.
Słoneczko Piegi i kapelusz.
Mama Treściwie o dziecku.


Seoul



Kwiaty Orientu

ECCA Polish