View Anna Sawinska's profile on LinkedIn


WSPOMNIENIA
Z AZJI

Wietnam

Sajgon (Ho Chi Minh)
Delta Mekongu (Ho Chi Minh-Mytho-Cantho)
Chau Doc - Phnom Penh
Cu Chi Tunnels i Mui Ne
Hanoi (I)
Ha Long Bay
Hanoi (II)
Tam Coc i Ninh Binh

Kambodża

Phnom Penh i Sihanoukville (I)
Phnom Penh i Sihanoukville (II)
Angkor Watt

Indonezja

Kuta/Bali (I)
Kuta/Bali (II)
Kuta/Bali (III)
Kuta/Bali (IV)
Tulamben/Bali
Padang Padang/Bali
Kuta/Bali (V)
Bogor i Bandung/Jawa
Bandung/Jawa
Yogyakarta (I)/Jawa
Borobudur i Pambanan/Jawa
Yogyakarta (II)/Jawa
Medan/Sumatra
Bukit Lawang/Sumatra
Danau Toba/Sumatra
Samosir Island/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (I)/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (II)/Sumatra

Singapur

Singapur

Malezja

Panuba/Tioman Island (I)
Panuba/Tioman Island (II)
Panuba/Tioman Island (III)
Panuba/Tioman Island (IV)
Kuala Lumpur (I)
Kuala Lumpur (II)
Kotakinabalu

Tajlandia

Bangkok (I)
Sairee/Koh Tao (I)
Sairee/Koh Tao (II)
Sairee/Koh Tao (III)
Sairee/Koh Tao (IV)
Bangkok(III)
Bangkok(III)
Bangkok i Phuket (I)
Bangkok i Phuket (II)

Laos

Pakbeng
Udomxai (I)
Udomxai (II)
Muang Khua (I)
Muang Ngoi (I)
Muang Ngoi (II)
Luang Prabang (I)
Luang Prabang (II)
Phonsavan (I)
Phonsavan (II)
Van Vieng
Vientiane (I)
Vientiane (II)

Hong Kong

Hong Kong (I)
Hong Kong (II)
Hong Kong (III)

Makao

Makao

Tajwan

Tajpej (I)
Tajpej (II)
Yangmingshan
Taroko Gorge
Tajpej (III)
Tajpej (IV)

Korea Południowa

Festiwal żeńszenia
KU vs Yonsei 2002

Ucieczka




Nie ma ucieczki. Nawet tutaj w Orange County, Kalifornia. 

Wyb
ór biura powierzyliśmy koreańskiej agencji nieruchomości. Wystrój wnętrz kolejnej koreańskiej firmie. Za całe IT odpowiedzialny jest koreański kontraktor. Wszyscy nowi pracownicy (a przejęliśmy firmę amerykańską) to wychowani w USA Koreańczycy. Z lotniska wozi nas Koreańczyk posiadający własną sieć taksówek. Dzień w dzień jemy w koreańskich restauracjach, których tutaj bez liku. Nawet burmistrz Irvine jest Koreańczykiem. Przykładów mogę podać o wiele więcej.

Nie chodzi o to, że współpracujemy z Koreańczykami. Chodzi o to, że współpraca ta oparta jest na dwukierunkowej wyłączności. Koreańskie restauracje gotują wyłącznie dla Koreańczyków. Koreańczycy niemalże wyłącznie chodzą do restauracji koreańskich. I tak w każdym przypadku. W czasie lunchu, dokładnie tak, jak w Korei, przed wejściem ustawia się długa kolejka czekających na swoją kolej. Na pięciominutowy obiad, któremu towarzyszy obficie lejący się pot będący wynikiem nadmiaru paprycznych przypraw i wysokiej temperatury posiłku. Obok restauracja japońska dla porównania. A w niej przedstawiciele różnych ras w rozkładzie niemal proporcjonalnym. Delektujący się w spokoju, każdy na swój własny sposób, przykładnie zaprezentowanym posiłkiem. Opadają mi ręce.

Jestem gdzieś pomiędzy. Zawieszona między zaufaniem Koreańczyków wynikającym z długoletniej z nimi współpracy, a kolorem skóry i płcią. Dysonans ten niezręcznie konfunduje moich przełożonych i współpracowników. Szczególnie w takich sytuacjach, jak ta, w której obecnie się znajduję. Nikt nie może wyobrazić sobie mnie jako koreańskiego delegata. Nikt nie może sobie mnie wyobrazić jako pracownika lokalnego. Rezultatem jest mieszanka lokalnego zatrudnienia i koreańskiej płacy. Rozwiązanie dla mnie najgorsze.


Nie ma ucieczki.



Anna 2009-10-25 23:51:50 skomentuj (3)
Przyjaciel



Kilka lat temu, kiedy jeszcze co każdy piwny wieczór przepychaliśmy się bardzo różnymi wizjami świata, mówił, że kobieta, a tym bardziej dziewczyna/żona, nie może być przyjacielem mężczyzny. 

Przed wyjazdem był wieczór w mocno podejrzanej knajpie, gdzie pysznego placka z ośmiorniczką i zieleniną „pajeon” (
파전) zapijaliśmy sfermentowanym winem ryżowym „makkoli”(막걸리). Nie mogliśmy się sobą nasycić. Błahostkami w pracy, własnym punktem odniesienia do tych czy innych spraw i przyszłością, jaka powoli zaczyna się przed nami formować. Pakować zaczęłam się dnia następnego na dwie godziny przed wyjazdem. Wyjazdem na cały okrutny miesiąc. Miesiąc bez jego ramion wokół mojej talii…

Tamtego wieczoru powiedział, że jestem jego najlepszym przyjacielem.



Anna 2009-09-08 07:40:43 skomentuj (6)
Grafik



Kanada:            3 tygodnie
Korea:              5 dni
USA:                10 dni
Korea:              4 dni
Niemcy:            1 tydzień
USA:                3 tygodnie

Wakacje:          ?


Anna 2009-08-20 06:14:48 skomentuj (8)
Klonowy organizm



Budynki kanadyjskich miast połączone są ze sobą tętnicami pulsującymi maszerującymi nimi ludźmi. Szklane tunele żył wiją się ponad ulicami i pod ziemią łącząc miasto w jeden żywy organizm. Przepływające tunelami człowiecze krwinki chronią się ciepłymi rękawami przed sezonowym zimnem. Serce miarowo bije.



Anna 2009-07-29 01:56:59 skomentuj (6)
Buraczki




Czasem bardzo nie lubię Koreańczyków. Na przykład wtedy, kiedy z obrzydzeniem wypluwają buraczki z ćwikłą w polskiej restauracji w Montrealu, wyłuszczając przy tym swoje światłe opinie o rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia. Podbudowując swoje ego kolejną okazją do bezspornego besztania (moje usta są zamknięte bo jem, jem, jem…).

W takich momentach nie potrafię pojąć ich braku zrozumienia, że przynajmniej raz w roku chcę się do cholery tymi buraczkami w spokoju nacieszyć. Nie mieści mi się w głowie, że ludzie, którzy bez kimchi nie są w stanie wytrzymać trzech dni, potrafią być aż takimi ignorantami jeżeli chodzi o osoby trzecie. 

Wieczorem w koreańskiej restauracji nie tknęłam ani listka kimchi, nie zmoczyłam nawet ust w szklance soju. Nie mogłam się zmusić. Był tylko kufel Rickard’s Amber i les haricots verts



Anna 2009-07-24 20:25:46 skomentuj (7)
To, co naprawdę ważne




Korea na pewno nie jest krajem, gdzie promuje się kreatywny sposób wyrażania własnych uczuć. Ogólnie przyjęty standard zachowań, jakkolwiek żenujący on by czasem nie był, bezwględnie rządzi każdą minutą dnia Koreańczyków. To dosyć smutne podjeście do życia jest spuścizną konfucjańskiego kolektywizmu, gdzie indywidualizm tratkowany jest jedynie jako niebezpieczne wynaturzenie zagrażające dobru ogółu.

Patrząc na mojego siedemnastoletniego ucznia, który biega w koszulce z napisem „Polska”, marzy o studiach we Wrocławiu i karierze przewodnika po Polsce, który chce być tak dobry w judo, jak Paweł Nastula, który rzuca szkołę średnią, żeby samemu się uczyć tego, co naprawdę warto, i który jednej soboty przychodzi na lekcję języka polskiego w dread’ach a drugiej w afro, nabieram jednak otuchy. Takiej przez wielgachne „O”.

Jeszcze głebiej oddycham, kiedy słucham Sungha Jung (
정성하), koreańskiego trzynastolatka bosko po prostu interpretującego na gitarze znane kawałki (niektórzy opisują swoją reakcję na jego wystąpienia jako „eargazm”) oraz, po zaledwie trzech latach samo-nauki podczas przerw w szkole, komponującego swoje własne utwory. 

Mam wrażenie, że jeżeli tacy ludzie istnieją, to ludzkość (a w tym szczęśliwie i Korea^^) po prostu nie może duchowo wyginąć.




 

"Come Together" - The Beatles (Sungha Jung, 12 lat)




 "Billy Jean" - Michael Jackson (Sungha Jung, 13 lat)




 

"With or without you" - U2 (Sungha Jung, 12 lat)





 "Mission Impossible Theme" (Sungha Jung, 12 lat)




 

"Hit the road Jack" - Ray Charles (Sungha Jung, 11 lat)




Anna 2009-07-16 09:14:01 skomentuj (5)
Północ - Południe



O pociskach lądujących w głębinach Morza Wschodniego (jak Koreańczycy nazywają Morze Japońskie) czytam jakby miało to miejsce bardzo daleko i nie dotyczyło mnie bezpośrednio. W ciągu dnia nie poświęcam tematowi zbyt wiele czasu. Upodobniłam się w tym do Południowokoreańczyków. W Korei Południowej nikt nie rozprawia o możliwości nagłego ataku z Północy. Nikt nie prowadzi publicznej dyskusji, nikt nie rozprawia o tym „gorącym temacie” przy porannej kawie, nikt nie rozważa ewentualnej ewakuacji lub konieczności zbrojenia, nikt nie zaprząta sobie głowy lokalizacją najbliższego bunkra. Mieszkańcy Południa przyzwyczajeni są do politycznych gierek Północy i jakąkolwiek demonstrację siły z jej strony traktują jedynie jako pożywkę dla zagranicznych mediów i głów państw kilku wybranych mocarstw. Mimo że technicznie ciągle w stanie wojny z Północą, na moje pytania odnośnie obecnego stanu rzeczy, Południowi Koreańczycy reagują jedynie pobłażliwym uśmiechem. A następnie rozpoczynają dyskusję o sytuacji ekonomicznej kraju, kursie koreańskiego wona, cenach nieruchomości, i o tym, jak bardzo nie znoszą obecnego prezydenta. Reszta to tylko szum medialny i niepotrzebne zaprzątanie ludziom głowy.

Wyobrażam sobie siebie po drugiej stronie. Wiem, że gdybym ciągle mieszkała w Polsce i nie miała z Koreą wiele wspólnego, wszystko wyglądałoby dla mnie bardzo poważnie. Z zacięciem śledziłabym artykuły, czytała naukowe rozprawki i światłe analizy oraz prowadziła ożywione dyskusje na ten temat. Z perspektywy, w której dało mi się znaleźć, wszystko wygląda jednak jak cyrk, na arenie którego grana jest sztuka pod rozgrzaną z oburzenia publiczność. Teatr jest tak naprawdę kiepski, ale że główni aktorzy są ogólnie rozpoznawani i w jakiś sposób egzotyczni, to przedstawienie ciągle jest na afiszu.  Ku uciesze większośći z tychże aktorów...


 
Anna 2009-07-08 10:16:49 skomentuj (7)
Life rocks



Są takie chwile, kiedy wszystkie elementy układanki idealnie pasują do siebie. Nawet te, które dawno temu odrzuciło się etykietą „błąd” lub „zupełnie niepotrzebne”. Wszystko nabiera sensu i łączy się w prostą ku szczęściu. Takiemu w środku. Rozpierającemu wrażeniem, że ktoś gdzieś zawsze czuwa. To bardzo intymne przeżycie bazujące na znakach zbyt subtelnych, żeby można uwiarygodnić je słowami.

Życie jest piękne.



Anna 2009-06-26 14:25:42 skomentuj (8)
Rocznica



W drugą rocznicę naszego ślubu PWY przysłał mi do pracy małe różyczki, ułożone jedna obok drugiej w ogromnym kartonie w kształcie serca. Kolorowe i pięknie pachnące.

A ja osłupiałam.

I zastanawiam się, czy to aby nie jakieś ukryte przesłanie. Sugestia oczyszczenia naszej relacji?
A może po prostu uznanie dla mojego dosyć chorobliwego pragmatyzmu? 

Bo sęk w tym, że te róże są... z mydła...


Zdjęcie: Róże z mydła od PWY (jak się później okazało wrzuca się taką różyczkę do kąpieli, a ta pod wpływem gorąca "rozkwita" uwalniając zapach i rozpuszczając się w wodzie)


Zdjęcie: Róże od CEO firmy PWY (PWY wiedział, że "zwykłe" kwiaty przysłane zostaną do domu więc postanowił kupić mydlaną wersję~~).




Anna 2009-06-09 07:01:15 skomentuj (7)
Samobójstwo Prezydenta




Dzisiaj rano w Korei wielu mężczyzn zawiązało żółte krawaty. Wiele kobiet przyozdobiło swój pracowniczy ubiór żółtym dodatkiem. To był wyborczy kolor poprzedniego prezydenta Korei (2003-2008), Roh Moo Hyun’a (
노무현), który zeszłej soboty ok. 6.30 rano popełnił samobójstwo rzucając się ze skały niedaleko swojego domu w maleńkiej wiosce Bongha Maeul (봉하마을). Dzisiaj ma miejsce jego pogrzeb.

Prezydent Roh różnił się od poprzednich prezydentów, a także swojego następcy Lee Myeong Bak’a (
이명박), pod wieloma względami. Przez większość swojej kariery jako prawnik, a następnie polityk, skupiał się na obronie praw człowieka, podważał skorumpowaną do szpiku kości polityczną i biznesową rzeczywistość Korei, sprzeciwiał się głęboko zakorzenionemu regionalizmowi. Dążył do zbudowania prawdziwie demokratycznego systemu w kraju, który w swojej historii nowowczesnej doświadczył jedynie autokratycznych rządów grupy spowinowaconych ze sobą wybrańców. 

Już jako prezydent doprowadził do ocieplenia stosunków z Koreą Północną (projekt lini kolejowej łączącej oba kraje, spotkania rodzin rozdzielonych wojną koreańską, budowa kompleksu przemysłowego tuż przy granicy), czy Stanami Zjednoczonymi (FTA). Jego wewnętrzna polityka przyniosła rezultaty przejawiające się wzrostem PKB na poziomie 4-5% rocznie. Prezydent Roh z czasem jednak coraz bardziej zaczął przeszkadzać wielkim chaebol’om i grupom politycznym, których kieszenie częściej były inwigilowane, a którym tradycyjny system łapówkarstwa nie mógł zapewnić intratnych kontraktów lub uprzywilejowanego traktowania. Media, które w Korei w 99.9% kontrolowane są przez wielkie korporacje lub inne grupy wpływu, rozpoczęły nie kończącą się nagonkę na Roh. W 2004 został on postawiony w stan oskarżenia o nielegalność elekcji i niekompetencję w sprawowaniu władzy. Trybunał Konstytucyjny odrzucił pozew i przywrócił Roh na stanowisko prezydenta Korei.

Mimo ożywionego na nowo poparcia społeczności krąg zwolenników Roh zaczął po jakimś czasie ponownie topnieć. Tym razem chodziło o ceny mieszkań. Tak jak na Zachodzie podczas wyborów szafuje się obietnicą niższych podatków, tak w Korei obiecuje się wysokie ceny mieszkań. Prezydent Roh natomiast uważał, że ceny takowych są sztucznie zawyżone działaniem spekulantów (ponad 1M USD za najzwyklejsze siedemdziecięciometrowe mieszkanie w dzielnicy Kangnam) i próbował uregulować ten rynek między innymi proponując przeniesienie stolicy państwa do Daejon (
대전). Wielu ludziom też nie przypadł do gustu dosyć bezpośredni i prostolinijny styl bycia Roh. Nie używał on kwiecistej mowy, nie posługiwał się dyplomatycznym żargonem, był naturalny w swoich odruchach. Wielu zarzucało mu, że jego konfrontacyjna bezpośredniość w walce z koreańskimi zaszłościami dyktatorskimi była nie na miarę stanowiska prezydenta Korei. Że powinien był robić to bardziej dyplomatycznie i mądrze (tzn. chytrze). Z tego też powodu nazywano go "prezydentem głuptaskiem" (바보 대통령) - on nie miał nic przeciwko temu.

W roku 2008 jego kadencja skończyła się (w Korei prawo zabrania reelekcji) i jako jedyny prezedent Korei, zamiast zabarykadować się za murem przepięknej posesji w Seulu, Roh udał się KTX (szybka kolej) do Bongha (populacja: 121 osób), żeby zamieszkać tam ze swoją rodziną w całkiem skromnym domku. Tłumy ludzi odwiedzały wioskę wdając się w dyskusje z byłym prezydentem lub po prostu wyrażając swoje uznanie. Do czasu, kiedy afera kopertowa, w którą był zamieszany, nie wyszła na jaw.

Prezydent Roh przyjął 6M USD łapówki. Przyznał się do winy, przeprosił i oświadczył, że stracił twarz (w Korei jedna z najwyższych wartości osobistych). Poprosił społeczeństwo Korei, żeby nie uznawało go już za bojownika o demokrację, czy ideał godny naśladowania. Kilka miesięcy później popełnił samobójstwo.

Samobójstwo było w mojej opinii jedyną rzeczą, którą prezydent Roh mógł zrobić, żeby uratować spuściznę swojej prezydentury. Żeby potwierdzić i na nowo uwiarygodnić wartość tego, w co wierzył. A co ważniejsze, żeby dać Korei szansę na dalszą rekonstrukcję zgniłego systemu. Jeżeli nie popełniłby samobójstwa jego występek ugruntowałby jedynie to, przeciw czemu walczył całe życie. Zarówno w oczach społeczeństwa, jak i w swoich własnych.

Koreańczycy, słysząc o aferze łapówkarskiej, stracili nadzieję, że w Korei cokolwiek może się zmienić. Czuli się wystrychnięci na przysłowiowego dudka. Czuli się zawiedzeni i oszukani przez kogoś, komu bezgranicznie w tej akurat sferze ufali. W ustach pozostał im niesmak. Roh uznał, że jedynym sposobem na oczyszczenie swojego imienia jest zapłacenie za swoje potknięcie ceny najwyższej. Oddał życie za coś, co w oczach wielu w Korei jest raptem jednym z najzwyklejszych sposobów prowadzenia biznesu. Wywołał tym sporą konsternację pośród koreańskiego społeczeństwa, a ta doprowadziła do publicznej debaty na przekór zacierającej już ręce z zadowolenia obecnej Władzy. Ludzie na nowo uwierzyli w Roh.

Drugim powodem, dla którego Roh Moo Hyun musiał popełnić samobójstwo to bezlitosna krucjata obecnego rządu, który kazusem byłego prezydenta chciał ukonstytuować odwieczny porządek rzeczy. Nieproporcjonalnie zmasowany atak na Roh miał na celu podważenie dokonań całej jego kadencji. Szyderczy śmiech wylewał się artykułami, wywiadami, informacjami telewizyjnymi i przygotowaniami do pokazowego procesu. Obecny rząd zamierzał zrobić z Roh i całej jego rodziny kozła ofiarnego dla pożywki swojej własnej popularności. Roh swoim samobójstwem pokazał im środkowego palca u dłoni. Bardzo dużego palca.







"너무
많은 사람들에게 신세를 졌다. 나로 말미암아 여러 사람이 받은 고통이 너무 크다. 앞으로 받을 고통도 헤아릴 수가 없다. 여생도 남에게 짐이 밖에 없다. 건강이 좋지 않아서 아무 것도 수가 없다. 책을 읽을 수도 글을 수도 없다. 너무 슬퍼하지 마라. 삶과 죽음이 모두 자연의 조각 아니겠는가? 미안해 하지 마라. 누구도 원망하지 마라. 운명이다. 화장해라. 그리고 가까운 곳에 아주 작은 비석 하나만 남겨라. 오래된 생각이다.”

„Jestem dłużny zbyt wielu ludziom. Skala ciężaru, który spowodowałem jest nie do zniesienia. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie brzemienia, które od tej pory będzie moim udziałem. Z powodu mojego obecnego stanu nie jestem w stanie nic zrobić. Nie potrafię przeczytać książki, nie mogę zabrać sie do pisania. Nie bądźcie zbyt smutni. Czyż życie i śmierć nie są naturalnym wszystkiego porządkiem? Nie przepraszajcie. Nie czujcie do nikogo urazy. Taka jest kolej rzeczy. Skremujcie mnie. I postawcie jedynie bardzo mały nagrobek blisko mojego domu. Myślałem już o tym od jakiegoś czasu”.

________________________________
Więcej zdjęć tutaj.



Anna 2009-05-29 08:45:53 skomentuj (17)
Lek na całe zło



W ostatnim miesiącu dane mi było odwiedzić USA dwa razy. Na zachodnim wybrzeżu nikt nie zaprząta sobie głowy epidemią grypy. Lotniska są pełne ludzi, nikt nie nosi masek (ja swoją schowałam głęboko na dno walizki, kiedy jakaś kobieta smagnęła mnie głośnym wyrzutem „It’s scary!”), nikt nie panikuje. Dla porównania lotnisko w Korei świeci pustkami. Po przylocie z zagranicy, tuż po wyjściu z samolotu, natknąć się można na kordon doktorów w długich jednorazowych uniformach, rękawiczkach i maskach. Uzbrojeni w termometr, mierzą temperaturę każdego (!) z pasażerów, kolekcjonując przy tym specjalne druczki, które wcześniej należało wypełnić w samolocie, oraz zadają kilka standardowych pytań. Po tygodniu lub dwóch każdy z pasażerów raczony jest rozmową telefoniczną specjalnych służb, które wypytują się o aktualną kondycję delikwenta. Mimo tych wysiłków świńska grypa jednak systematycznie poszerza zasięg swoich macek.

Według dzisiejszej porannej gazety, powodem szybkiego rozprzestrzeniania się świńskiej grypy w Korei są… obcokrajowcy, a w szczególności… nauczyciele języka angielskiego. Oni to bowiem mają i czas, i pieniądze, żeby non stop podróżować do swoich krajów, skąd za którymś razem przywożą ze sobą w końcu zabójczego wirusa. Następnie zarażają nim koreańskie dzieci w szkołach­­, a co gorsza nawet, współpasażerów koreańskiej kolei, z której korzystają w weekendy wojażując po kraju!

Artykuł podparty był kazusem jednego nauczyciela, u którego kilka dni temu zdiagnozowano świńską grypę... Autor zastanawia się nad Koreańczykami, u których wyżej wymieniony nieszczęśliwiec nocował, a u których nie stwierdzono żadnych objawów choroby. W tym momencie artykułu głośno roześmiałam się żartując, że to na pewno z powodu konsumpcji dużej ilości kimchi. PWY, który wcześniej skończył czytać artykuł, głęboko się na mnie obraził. Okazało się, że artykuł był niedorzeczny bardziej niż mogłam przypuszczać… Tak niedorzeczny, ze nawet mój dowcip nie sprostał wyzwaniu…



Anna 2009-05-26 15:34:32 skomentuj (7)
Powrót do źródeł



Z biegiem czasu nieuchronnie traci się niewinność. Coraz trudniej przychodzi zwykły, nie narzucony swoimi lub innych oczekiwaniami, zachwyt. Coraz trudniej wzbudzić w sobie iskierkę autentycznego wzruszenia, kiedy to prawdziwie traci się kontrolę nad odruchami. Po to, żeby znowu być przepełnionym szczerością odczuwania. Tak, jak dzieci.

Najlepszą metodą na oczyszczającą niewinność jest prostota. W prostocie tkwi źródło szczęścia. I aż trudno uwierzyć, że cywilizacja doszła do punktu, gdzie właśnie prostota jest jednym z największych wyzwań. 

Jakiś czas temu, dzięki PWY, udało mi się obejrzeć „Once” i „Old Partner”. Pierwszy film nakręcony został amatorsko przez Irlandczyka i Czeszkę, którzy opowiadają najzwyklejszą historię dwojga ludzi, cudowną muzyką z głosów, gitary i pianina. Drugi film „
워낭소리” („Wonang Sori”) to koreański dokument o dziadku i jego krowie. Tylko i aż tyle. Oba filmy prostolinijne w swojej wypowiedzi, dotykają sedna tego, co w życiu ważne. Bez potrzeby konkretnych konkluzji, bez nakazu moralnego, który karze odbiorcy odczuwać niepokój. 



Kadr z filmu "Wonang Sori" (ang. "Old Partner")


Siła prostoty, i tego, co się za nią kryje, tkwi w jej uniwersalności. Wczoraj na koncercie „The Swell Season” (grupa z filmu „Once”), zwykle siedzący w swoich krzesełkach i do rytmu (lub nie) klaszczący Koreańczycy, nie mogli powstrzymać się od pełnych aprobaty krzyków, czy regularnego podrywania się z siedzisk. Na koniec ci na parterze wybiegli na środek po to tylko, żeby na stojąco i z bliska wiwatować. Było pięknie. „Old Partner” ze swojej strony, przebił nawet Jamesa Bonda, przyciągając w Korei w ciągu bardzo krótkiego czasu ponad milion widzów. To jedyny film, który z równym wzruszeniem, oglądnęłam dwa razy.

Świat robi się coraz bardziej skomplikowany. Telewizja i inne środki masowego przekazu strzelają w nas na nowo wynajdywanymi problemami, które po pewnym czasie odnajdujemy w sobie, w swoim związku, w relacjach z dziećmi i współpracownikami. Uczymy się tych problemów na pamięć i po jakimś czasie nie możemy już bez nich żyć. Ciągle mamy poczucie braku spełnienia. Stajemy się więźniami własnego kociołka tego, co jest, i jak być powinno.

Wyplątanie się z tej sieci nie jest łatwe. Nie można jednak zaprzestać prób.


 


Anna 2009-05-16 02:34:11 skomentuj (4)
Matnia



Najbardziej podziwiam ludzi bezpretensjonalnych. Takich, którzy ofiarowują z myślą o dobrobycie drugiej osoby i nie kalkulują przewidywanego zwrotu inwestycji w wyświadczaną przysługę lub znajomość. Ludzie ci przyczyniają się do osiągania rzeczy ponadprzeciętnych przez tych, którzy w ich prawdopodobieństwo realizacji powątpiewają. Nie muszą oni pamiętać o źródle swojego postępowania. Ich radość jest czysta, nie zawiera nuty fałszywej skromności, ani wewnętrznego zgrzytu niechcianego zakłamania. Są to ludzie ogólnie lubiani, ale trzymający się na uboczu, działający w pojedynkę i najczęściej słowem. Zazwyczaj ofiarowywany przez nich dar niewymuszenie wraca siłą rażącej miłości niczym australijski boomerang z „Bagdad Cafe”. 

Takich ludzi jest coraz mniej. Wraz z rozwojem cywilizacji skażeni zostaliśmy coraz to intensywniejszą w swej bezwględności konkurencją, bezcelowym pędem, który nakazuje nam umniejszać innym na każdym kroku. Po to tylko, żeby za wszelką cenę wygrać w wyścigu donikąd. Pomniejszamy w swoich oczach tych, którzy w jakiś wyimaginowany sposób nam zagrażają; nie mamy litości dla tych, którzy nie spełniają standardów obecnych czasów. Jesteśmy w tym okrutnie i beznadziejnie naturalni, automatyczni, stereotypowi. Każdy stał się potencjalnym wrogiem. Każdy jest albo lepszy, albo gorszy. W pierwszym odruchu zamiast dostrzegać piękno, widzimy brzydotę, zamiast miłości, wybieramy nieufność i pogardę. Staliśmy się w tej matni bardzo nieszczęśliwie skomplikowani. I bardzo, bardzo przerażeni.

A wszystko przecież jest takie proste. Wystarczy głęboko odetchnąć, uśmiechnąć się z głębi trzewi, przymrużyć oczy w dziękczynieniu i po prostu kochać.

Polecam dla lepszego zrozumienia:

1. "I dream a dream"
2. "Cry me a river"



Anna 2009-04-17 08:30:41 skomentuj (12)
Segregacja piskląt




W Korei wszechobecne są prywatne instytucje akademickie, tzw. hakwony (
학원), które masowo edukują młodych ludzi najczęściej w zakresie języka angielskiego, japońskiego i chińskiego. Niektóre hakwony specjalizują się też w kursach przygotowawczych do egzaminów państwowych, kursach komputerowych, grze na pianinie i wielu innych mniej „naukowych” szkoleniach jak na przykład szycie miśków lub robienie kimchi. Jest to bizness niesamowicie intratny jakoże zdecydowana większość nerwowych mam przymusza swoje pociechy do studiowania dniami i nocami widząc w edukacji jedyny sposób na osiągnięcie przez nich sukcesu w przyszłości. A dzięki sukcesowi swoich dzieci zapewnić one mogą sobie i swoim ciężko pracującym mężom spokojną starość (w Korei emerytury są śladowe). Wykształcenie to, często wymuszane też w państwowych szkołach karami cielesnymi, nie jest zbyt efektywne również ze względu na to, że młodzież jest zbyt zmęczona, żeby znaleźć w nauce jakąkolwiek przyjemność. Młodzi ludzie nie mają też czasu na zwykłe spotykanie się z przyjaciółmi lub nieprzymuszone i spontanicznie kreatywne zabawy. Koniec końców skutkuje to w produkcji przepełnionych książkową wiedzą dorosłych ludzi, którzy mają trudności ze zwykłą komunikacją (na którą notorycznym lekarstwem jest wypicie po pracy kilku butelek soju) oraz wyrażaniem i odczytywaniem emocji. 

Najdziwniejszym, mniej akademickim hakwonem, o którym słyszałam jest hakwon segregacji piskląt (
병아리 학원). W latach sześćdziesiątych czwórka Koreańczyków (trzech mężczyzn i jedna kobieta) udała się do Kenii w poszukiwaniu pracy. Tam wyuczyli się oni sztuki segregacji wedle płci dopiero co wyklutych ptaszków, powrócili do ciągle ubogiej Korei i otworzyli hakwony przyuczające do tego trudnego fachu. Przedsięwzięcie odniosło spektakularny sukces, a hakwony segregacji piskląt zaczęły pojawiać się w całej Korei, jak grzyby po deszczu. Co więcej, z powodu obecnego kryzysu, ma miejsce odrodzenie tego zawodu. Żeby otrzymać dyplom „pisklęcego selekcjonera” należy zdać specjalny egazmin polegający na godzinnej segregacji – minimalny dopuszczalny błąd to... zero.

Aktualnie na świecie jest około 1,800 koreańskich „selekcjonerów” zlokalizowanych w osiemdziesięciu krajach (przeważnie Europa, Australia i USA), co stanowi 60% światowego rynku. Koreańczycy już jakiś czas temu wyprzedzili przez dłuższy czas dominującą pod tym wzlgędem Japonię. Mówi się, że co predysponuje Koreańczyków do tej pracy to cierpliwość, duża zdolność koncentracji (na jedno pisklę przypada zaledwie 0.4 sekundy) oraz małe dłonie z bardzo cienkimi palcami...


Smacznego Wielkanocnego Jajka!



Anna 2009-04-13 10:37:57 skomentuj (11)
Wewnętrzna walka



W Korei zasady promocji wewnątrz firmy są zdeterminowane przez mniej więcej jednolite standardy stosowane w całym kraju. Promocja na wyższe stanowisko nie zależy od osiągnięć, a przeważnie od lat przepracowanych w firmie. Oznacza to, że wystarczy „bujać się” przez jakiś czas (zazwyczaj 16 lat), żeby dojść do poziomu General Manager/Director, od którego to poziomu zabawa nabiera innego kolorytu. Wtedy to dalszy awans zależy już w jakiejś części od wyników, a w jakiejś części (znacznie większej) od tego, kogo się zna. Jest to dosyć bezwzględna walka na noże z misternie kopanych dołków, relacji (ten sam uniwesytet, ilość razem wypitego soju, żony przyjaciółki etc.), gmatwaniny przysług i ich przewidywanego potencjału w przyszłości. A jest o co walczyć. Od pozycji Vice President mianowicie jest się tzw. imwonem, czyli executive, a za tym idzie własne biuro, własny szofer, prestiż, ogromne pieniądze etc.

Standardowy system promocji w kroeańskich chaebolach wygląda następująco:

0-4 lata:          
사원/sawon (Stuff)
4-8 lat:            대리/deri (Assistant Manager)
8-12 lat:           과장/kwajang (Manager)
12-16 lat:         차장/chajang (Senior Manager)
16~ :               부장/bujang (General Manager/Director)
                            수석부장/suseok bujang lub 이사/isa (Director) à tytuł przejściowy
                            상무/sangmu (Vice President)
                       전무/jeonmu (Executive Vice President)
                             부사장/busajang (Department President)
                             사장/sajang (CEO)

Od bujanga wzwyż angielskie tytuły mogą różnić się w zależności od wielkości firm czy obszarów ich działalności. Ważne jest to, że ta hierarchiczna struktura jasno reguluje nie tylko relacje między pracownikami ale też ich zarobki. Dlatego też Koreańczycy nie negocjują, ani często nawet nie podpisują umowy o pracę. Wiedzą, że ich warunki będą dokładnie takie same, jak innych osób na tym samym stanowisku. Co roku dział zasobów ludzkich wysyła podsumowanie wynagrodzenia na przyszły rok odgórnie ustalając podwyżkę (zazwyczaj ok. 5% rocznie), a czasem, tak jak to ma miejsce obecnie w niektórych firmach, zamraża zarobki lub nawet obniża je wyższej kadrze o ok. 10% z powodu kryzysu ekonomicznego. I nic na to poradzić nie można.

W przypadku obcokrajowców rzeczy mają się zupełnie inaczej i w dużej mierze zależą od wewnętrznej polityki każdej z firm. Niektóre firmy zatrudniają cudzodziemców na takich samych warunkach, jak Koreańczyków, inne z kolei podpsują z nimi kontrakty tymczasowe. W obu przypadkach umowa taka musi być rokrocznie odświeżana ze względu na konieczność odnawiania wizy pracowniczej.

W relacjach biznesowych z Koreańczykami należy liczyć się z bardzo niską etyką postępowania. Oczywiście jeżeli bierze się pod uwagę kanony zachodnie. W Korei mianowicie jednym ze standardów jest coś, co my określamy pejoratywnym mianem „kłamstwa” i „łapówkarstwa”. W Korei te dwa mechanizmy są stosowane na porządku dziennym jako najbardziej naturalne metody osiągania swoich celów. Kłamstwa nie konfrontuje się z powodu głęboko zakorzenionej konieczności „zachowania twarzy” drugiej osoby, a ofiarowywanie kopert jest zazwyczaj traktowane jako czyste posunięcie strategiczne lub niewinny gest wdzięczności. Koreańczycy oba te instrumenty mają dopracowane do najmniejszych szczegółów i bardzo swobodnie używają ich w relacjach z niczego nieświadomymi obcokrajowcami. Nawet tymi, których sami zatrudniają, o czym niedawno miałam nieprzyjemność przekonać się na własnej skórze. 

Tym razem nie odpuściłam. W ciągu tygodnia postarałam się o małą rewolucję, która zakończyć może się dla mnie albo publicznym zgilotynowaniem, albo wielką wygraną. Mój kontrakt wygasa w następną środę...
 


Anna 2009-04-08 07:01:02 skomentuj (12)
Email Me

Księga Gości



Zdjęcia Picasa



Zdjęcia Flickr




Alter Egos
W Korei Koreańskie miraże.
Residues Wyładownia.

Nauka
Maiko Język japoński.

Branżowe
Andrzej Szczęśniak Energetycznie.

Oglądam
iTVP Telewizja interaktywna.
ZDF Nachrichten.
TV5 L'actualité mondiale.
RTVE En directo.

Czytam
Przekrój Szerokie horyzonty.
Focus Nachrichten.
Hankyoreh Co słychać w Korei.
El Mundo Hiszpańska perspektywa.
Le Monde Francuski punkt widzenia.

Fotografia
Eric Lafforgue His trips. His pics. Rozwieram buzię.
Agnieszka Samouwielbienie.
Bart Przez Świat.
Gruzja Majaki.

Na wygnaniu
Anna Głód świata
7736km Tylko tyle dzieli Polskę i Koreę.
Monika Polska w oczach Koreanki.

Życie rodzinne
Maja Związki pomiędzy.
Exsilentio Przesłodko.
Słoneczko Piegi i kapelusz.
Mama Treściwie o dziecku.


Seoul



Kwiaty Orientu

ECCA Polish