View Anna Sawinska's profile on LinkedIn


WSPOMNIENIA
Z AZJI

Wietnam

Sajgon (Ho Chi Minh)
Delta Mekongu (Ho Chi Minh-Mytho-Cantho)
Chau Doc - Phnom Penh
Cu Chi Tunnels i Mui Ne
Hanoi (I)
Ha Long Bay
Hanoi (II)
Tam Coc i Ninh Binh

Kambodża

Phnom Penh i Sihanoukville (I)
Phnom Penh i Sihanoukville (II)
Angkor Watt

Indonezja

Kuta/Bali (I)
Kuta/Bali (II)
Kuta/Bali (III)
Kuta/Bali (IV)
Tulamben/Bali
Padang Padang/Bali
Kuta/Bali (V)
Bogor i Bandung/Jawa
Bandung/Jawa
Yogyakarta (I)/Jawa
Borobudur i Pambanan/Jawa
Yogyakarta (II)/Jawa
Medan/Sumatra
Bukit Lawang/Sumatra
Danau Toba/Sumatra
Samosir Island/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (I)/Sumatra
Parapat-Bukit Tinggi (II)/Sumatra
Bali & Gili

Singapur

Singapur

Malezja

Panuba/Tioman Island (I)
Panuba/Tioman Island (II)
Panuba/Tioman Island (III)
Panuba/Tioman Island (IV)
Kuala Lumpur (I)
Kuala Lumpur (II)
Kotakinabalu

Tajlandia

Bangkok (I)
Sairee/Koh Tao (I)
Sairee/Koh Tao (II)
Sairee/Koh Tao (III)
Sairee/Koh Tao (IV)
Bangkok(III)
Bangkok(III)
Bangkok i Phuket (I)
Bangkok i Phuket (II)

Laos

Pakbeng
Udomxai (I)
Udomxai (II)
Muang Khua (I)
Muang Ngoi (I)
Muang Ngoi (II)
Luang Prabang (I)
Luang Prabang (II)
Phonsavan (I)
Phonsavan (II)
Van Vieng
Vientiane (I)
Vientiane (II)
Pakbeng-Vientiane route

Hong Kong

Hong Kong (I)
Hong Kong (II)
Hong Kong (III)

Makao

Makao

Tajwan

Tajpej (I)
Tajpej (II)
Yangmingshan
Taroko Gorge
Tajpej (III)
Tajpej (IV)

Korea Południowa

Festiwal żeńszenia
KU vs Yonsei 2002
Korea w 2 tygodnie
Samsung Summer Festival
Jesień w Seulu
Pałac Changdeok i Forteca Hwaseong
Seoul Forest
Norincheon
Zatoka Cheonsu i Anmyeong
Panmujom (DMZ)
Seoul Museum of Arts-Dual Realities
Tradycyjny ślub
Kangchon
Koejae Island & Tongyoung
Jara Island, Gapyeong
Nami Island
Dongang River, Sobaek Mountain, Gosu Cave
Yangyang, Kangneung

Japonia

Fukuoka
Odaiba, Tokyo

WSPOMNIENIA
Z AUSTRALII I OCEANII

Australia

Darwin (I)
Kakadu National Park (I)

Nowa Odsłona



Nowa wersja bloga oraz aktualne wpisy dostępne są na stronie:




Proszę o zmianę odnośników na swoich stronach oraz "polubienie" nowej odsłony bloga!





Anna 2012-01-25 07:18:42 skomentuj (0)
Blog Roku 2011



„W Korei i nie tylko”, jeszcze w swojej starej wersji, dotarł do finału konkursu „Bloga Roku” jedynie w roku 
2008. Wtedy był to jeszcze blog bardziej osobisty, momentami emocjonalnie porywczy. To na pewno nie był dla mnie najspokojniejszy okres – kilka miesięcy wcześniej odeszłam z Samsunga i zatrudniłam się w innym chaebol’u, wyszłam za mąż za PWY (znanego wytrwalszym Czytelnikom Koreańczyka), większość bardzo bliskich mi Polaków zdecydowała się opuścić Koreę już na zawsze. W jakimś sensie wiele rzeczy musiałam raz jeszcze zacząć od nowa.

Wydaje mi się, że przez cztery ostatnie lata trochę dojrzałam, uspokoiłam się wewnętrznie, pogodziłam się z tym, kim jestem i co sobą reprezentuję. To było jak bardzo głęboki oddech. Ten czas chyba największej, ale też i najbogatszej samotności w moim życiu zaowocował podsumowaniem lat 2003-2007 spędzonych w Korei o niej esejami, które zostaną wydane już w maju tego roku przez wydawnictwo Kwiaty Orientu. Nie ukrywam, że jestem tym podekscytowana i że jest to ścieżka, którą chciałabym podążać. Żeby jednak drogę tę z powodzeniem przemierzyć dotrzeć muszę do ludzi, którzy mogliby uznać moje pisanie w ten, czy inny sposób za wartościowe. Stąd uczestnictwo w konkursie na Bloga Roku i prośba o Wasz głos.

Jeżeli uważacie, że dzięki moim wpisom udało się Wam zajrzeć za kulisy codziennego życia w Korei i że dowiedzieliście się czegoś wyjątkowego o odwiedzanych przeze mnie miejscach w Azji, proszę „polubcie” nową wersję mojego bloga na stronie www.wkorei.blogspot.com, podzielcie się do niego linkiem na swoim portalu społecznościowym lub po prostu zagłosujcie:



SMS na numer: 7122
TREŚĆ: 
D00198


KOSZT: 1,23 złote (przeznaczone na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych)
ZAMKNIĘCIE GŁOSOWANIA: 19 stycznia 2012



 




Anna 2012-01-12 15:21:53 skomentuj (1)
To już jest koniec




Najprawdopodobniej to jeden z moich ostatnich wpisów na tym blogu. Przez osiem lat męczyłam się z mało znanym mi html, żeby stworzyć coś mniej banalnego niż ogólnie dostępne szablony na portalu Blog.pl. Każdy szczegół głównej strony (tylko tę bowiem można zmieniać) jest wynikiem mozolnych prób i błędów totalnego laika – stąd efekt, który nierzadko wzbudzał raczej dwuznaczne odczucia u Czytelników. Funkcjonalność portalu również pozostawia wiele do życzenia. Każde dodane zdjęcie najpierw wrzucić musiałam na mój prywatny serwer, żeby dopiero potem podać na blogu do niego link. Każ­­de dodanie video także równoznaczne było z majsterkowaniem w html. Męka.

W tym roku Blog.pl zaproponował swoim użytkownikom automatyczne unowocześnienie blogów w oparciu o portal wordpress.org. Po gruntownym zbadaniu sprawy (zmiany są nieodwracalne) okazało się ku mojemu zdumieniu, że funkcjonalność portalu wordpress.org została mocno okrojona. Do tego stopnia, że czułabym się zbyt mocno nieusatysfakcjonowana. Z tego powodu, ale również ze staroświeckiego sentymentu do pracy, jaką włożyłam w starą wersję cyntya.blog.pl zdecydowałam się na dosyć radykalny krok i przeniosłam część zawartości bloga pod: 


wkorei.blogspot.com

Od tej pory to pod tym adresem właśnie zamierzam kontynuować swoje wywody na temat „koreańskiej rzeczywistości i nie tylko”. W związku z tym wdzięczna byłabym za aktualizację linków i zaglądanie właśnie tam. 

Kolejna wyśmienita wiadomość, którą chciałabym się podzielić to to, że Kwiaty Orientu zdecydowały się wydać moją pierwszą książkę – zbiór esejów o Korei. Ma ona ukazać się na początku maja 2012. Co tu dużo mówić – jestem podekscytowana… J





Anna 2012-01-07 12:23:41 skomentuj (8)
Śmierć Kima




Medialnie burzyliwych tematów na temat Korei Południowej staram się raczej nie poruszać. Jako absolwentka stosunków międzynarodowych z jakimś tam doświadczeniem w MSZ oraz z całkiem dobrą wprawą we współpracy z rządami kilku krajów, mam mniej więcej wyobrażenie o tym, czym jest polityka i jak subtelnym instrumentem są dla niej media. 

Śmierć Kim Jong Il’a ponownie wywołała na Zachodzie pożądaną zawieruchę. Jak króliki mnożyły się pogadanki, analizy, opinie, scenariusze przyszłych wydarzeń. Media zaliczyły szczyty słupków oglądalności/czytalności, eksperci z czułością poprzeliczali honoraria na swych kontach... a następca dyktatora Kim Jong Eun zyskał na wiarygodności w oczach swojego narodu jako przywódca, który sieje strach na całym globie.

A co się dzieje w Korei? Wielkie NIC. Ludzie nie przemykają ukradkiem ulicami, nie chronią w hełmach rozlatanych ze strachu oczu, nie wandalizują sklepów w poszukiwaniu pożywienia, nie chowają się w schronach. Owszem przeglądają gazety, oglądają telewizję, czasem wydarzenie to skomentują – najczęściej chodzi o to, ile stracą na swoich inwestycjach lub czy oficjalne kondolencje się należą, czy nie – ale całą medialną sieczkę wywołującą sztuczny strach, potężne narzędzie manipulacji, pozostawiają odbiorcy za granicą.

Z rezerwą pisałam o incydencie na wyspie Yeonpyeong i innych tego rodzaju potyczkach na Półwyspie. Tak samo skomentuję śmierć Kim’a tutaj – tym razem słowami mojego dobrego kolegi z Gwangju, Leszka Moniuszko (YellowInside), tymczasowego korespondenta dla TVP INFO:















Anna 2012-01-04 05:48:39 skomentuj (0)
Koncert




W koreańskiej firmie, żeby zostać docenionym (czyt. mieć szansę na promocję według rokrocznego rozdziału) nie wystarczy być utalentowanym, pracowitym i wydajnym. Na ewaluację osoby składa się wiele innych czynników pozornie nie związanych z uzyskiwanymi w pracy wynikami. Oprócz łutu szczęścia do kategorii tej bezsprzecznie należy zaangażowanie w pozazawodowym życiu firmy: wspinanie się z CEO po górach, punktualne pojawianie się w pracy (czas przybicia karty zapisywany jest automatycznie w systemie), ilość wykorzystanych w roku dni wolnych, lub na przykład… uczestniczenie w koncercie.

W tym roku każdy z piętnastu departamentów w naszej firmie miał za zadanie przygotować występ z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Ludzie, którzy na co dzień projektują, budują i sprzedają warte dziesiątki, a czasem setki milionów USD statki, platformy wiertnicze, turbiny wiatrowe oraz elektrownie, musieli stanąć na scenie i odśpiewać wybrany przez siebie utwór. Jak zwykle okazało się, że Koreańczycy są niesamowicie utalentowani – grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tak, jak profesjonaliści. A co najważniejsze dobrze się przy tym bawią. 

Konkurencja była zaciekła – chodziło nie tylko o reputację danego departamentu, czy „wdzięczność” przełożonego, ale też o tysiączek dolarów zachęty. Oto, co z tego wyszło:









 


 

I na deser zwycięzca z przytupującą blondyneczką J








Anna 2011-12-29 09:37:01 skomentuj (23)
Kartka



Nagle zrobiło się całkiem świątecznie. Po raz pierwszy tej zimy spadł śnieg. Dużo lekkiego puchu, który razi oczy odbijającymi się w nim promieniami słońca. Sąsiadka z naprzeciwka cudownie zmaga się z kolędami wygrywanymi na pianinie. A ja dostałam bardzo wyjątkową dla mnie kartkę od podopiecznej. Wesołych!





Anna 2011-12-24 08:30:23 skomentuj (5)
Zielono mi



Jeszcze kilka lat temu podczas koreańskiego, parnego lata miałam zwyczaj nosić ze sobą zwiewny sweterek lub opatulać się chustą za każdym razem, kiedy wkraczałam do metra. Tam bowiem panował poniżej dwudziestostopniowy chłodek, który nie wróżył nic dobrego przy nagłym wyrwaniu się z objęć prawie czterdziestostopniowego upału – o paskudne przeziębienie w takiej sytuacji bardzo łatwo. W zimie natomiast na odwrót – moja sempiterna przyrumieniała się na zaciekle podgrzewanych siedzeniach, co przyprawiało mnie o siódme poty i rozalkową spiekotę na policzkach. Na bazie mojego rozległego doświadczenia na tym polu mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dosyć trudno było (i jest?) w Korei o temperaturowe feng shui, ying i yang.

Nie tak dawno sprawy przybrały bardziej zasadniczy obrót, jeżeli chodzi o walkę ze zmianą klimatu - przyszła do nas moda na zieloną poprawność. Kraje rozwinięte, dbające o przyszłość ludzkości i kuli ziemskiej – a co ważniejsze – kraje na ich losy wpływające, muszą przecież brać na swój karb ciężar zmian w sposobie myślenia przeciętnego człowieka. I tak na niewielkich, dostępnych jeszcze skrawkach ziemi (75% powierzchni Korei Południowej to góry) montować zaczęto turbiny wiatrowe, kolektory słoneczne oraz projekty wykorzystania energii pływów, podkreślając tym samym statut Korei jako kraju nieobojętnego na losy świata. Koncerny otrzymały niepisane zadanie rozwijania własnych, zielonych technologii, co też ma być w jakimś sensie środkiem zaradczym na kryzysowy zastój w biznesie. Posypała się plaga przejęć i fuzji, ośrodki naukowe zatarły dłonie na przypływ funduszy i ścisłą współpracę z wielkim graczami na rynku. Wszyscy wydają się być zadowoleni.

Rząd sprytnie wykorzystał powyższą propagandę również na poziomie jednostki. Ni stąd ni zowąd zaczął on podejmować wartkie próby społecznego uświadomienia o problemach energetycznych kraju – szczególnie dyskutuje się o malejących zasobach rezerw (coraz częstsze blackout’y), co spowodowane jest geometrycznie rosnącym z(nad)użyciem prądu przez obywateli. W windach wywiesza się rodzajowe scenki o tym, jak należy oszczędzać energię przez odpowiednie korzystanie z klimatyzacji, ogrzewania (zaleca się 20˚C) czy domowych urządzeń. We wcześniej wspomnianym metrze świetniejsza część mojego ciała czuje się już w zimie trochę bardziej komfortowo; w lecie maszyniści z mniejszym już rozmachem obdarowują pasażerów zimnym powiewem z sufitowych wiatraków. Ba! – ukrócono nawet skład wagonów... 

Jak zwykle dochodzi jednak do absurdów. W toalecie mojej firmy wykręcono większość żarówek. Smartfonem muszę więc oświetlać sobie mroczne wnętrza kabiny (jest taka specjalna aplikacja!), co wymaga w pewnych sytuacjach zdolności iście akrobatycznych. W lecie tego roku kurek z ciepłą wodą istniał w sposób smutnie bezużyteczny; zimą na ogrzewanie nie mam co liczyć nawet przy kilkunastostopniowym mrozie. W sali gimnastycznej naszej firmy rozgrzać się mogę jedynie własną pracą mięśni. W lobby pracownicy café szczękają zębami na powitanie klienta. Klient siedzi przy kawie w kompletnym umundurowaniu zimowym, podobnie zresztą jak pracownicy na niektórych piętrach, gdzie ogrzewanie ograniczono do minimum. Wielu z nich zakupiło rękawiczki bez palców, żeby być w stanie klepać na klawiaturze – a klepią też w płaszczach na grzbiecie. U mnie grzeje się dwa razy na dzień i podczas tych dwóch godzin po kręgosłupowym rowku ścieka mi pot, a rozalki ponownie wychodzą na moje policzki – grzejniki pracują pełną, zacietrzewioną parą. Pozostałą część czasu spędzam podgrzewając się poduszką elektryczną, czasem też w płaszczu. W ciągu dnia w naszym budynku uniemożliwia się korzystanie z przynajmniej jednej windy – dzisiaj miałam nawet przyjemność zjechać jedną bez absolutnie żadnego oświetlenia. Tak musi wyglądać zejście do piekła...

Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że uczestniczę w kolejnym narodowym „spięciu się w sobie” koreańskiej populacji, które to miało już miejsce kilka razy w historii tego kraju. I jak zwykle Koreańczycy, mimo że przez moment irytują się tak absurdalnym pomysłami, po chwili już poddają się swemu losowi w stoicki sposób, bez większego szemrania. A wszystko to dla dobra i świetlanej przyszłości swojego narodu.





Anna 2011-12-23 10:16:31 skomentuj (8)
Milenijne Ppeppero



Po Walentynkach (dla chłopców), White Day (dla dziewcząt) przyszedł czas na Ppeppero Day (dla wszystkich). Każdego roku jedenastego listopada zakochani wręczają sobie coś na kształt paluszków do połowy oblanych czekoladą. Ich patykowaty kształt ma symbolizować właśnie cyfry 11/11. Tym razem jest to Ppeppero zupełnie wyjątkowe, bo przypada na datę 11/11/11 – święto ma więc charakter przełomowy. W związku z tym spodziewam się dzisiaj dosyć dużej dozy lukierowanego szaleństwa, przywracającego o słodkawy zawrót głowy.



 
Tradycyjne Ppeppero


Jak co roku zagorzali przeciwnicy Ppeppero Day powtarzają opowieści o tym, jak to lata temu koncern Lotte Confectionery z determinacją posłużył się skomasowanym arsenałem marketingowym i stworzył ten dzień od podstaw po to, żeby podnieść swoje zyski ze sprzedaży. Nie wnikając w dyskusję o prawdziwości oskarżeń, faktycznie akcja ta prawodopdobnie uratowała spółce życie. Od lat dziewiędziesiątych bowiem każdego roku tylko w listopadzie firma ta rejestruje około 60% swoich rocznych przychodów. 



I najróżniejsze wariacje na temat ppeppero.


Konsumpcjonizm w Korei to jeden z fundamentów codzienności. Koreańczycy uwielbiają kupować markowe produkty, ponieważ ich posiadanie świadczy do pewnego stopnia o statusie społecznym. A w społeczeństwie, gdzie surowa hierarchia dyktuje stosunki między ludźmi, status jest praktycznie wszystkim. I tak wszelkie Louis Vuitton, Dior, Chanel, Hermes rozchodzą się jak świeże bułeczki. Tutejsze kobiety w znakomitej większości przypadków żyją zakupami, sezonowymi wyprzedażami i sklepami duty free. Z takiego stanu rzeczy doskonale zdają sobie co sprytniejsi biznesmeni wykorzystując ten swoisty manieryzm społeczeństwa do granic możliwości i w każdej dziedzinie życia. 

Pozostając w temacie sztucznie skonstruowanych uroczystości, mających na celu wyzwolenie zakupowych demonów wśród niewinnych, koreańskich owieczek podam dla przykładu „miłosny kalendarz” Korei:
 

14 styczeń: Diary Day
à zakochani wymieniają się kalendarzami, w których zaznaczać będą  na czerwono daty ważnych wydarzeń w swoim związku (na przykład setny, dwusetny, trzysetny i tysięczny dzień od pierwszego spotkania)
 

14 luty: Valentine’s Day
à dziewczęta kupują czekoladki chłopcom
 

14 marzec:  White Day
à chłopcy w rewanżu kupują czekoladki dziewczęciom
 

14 kwiecień:  Black Day
à single świętują swój dzień spożywając „czarne” jedzenie, czyli makaron z sosem z czarnej fasoli (jajangmyeon) w nadziei szybkiego odnalezienia swojej drugiej połówki
 

14 maj:  Yellow and Rose Day
à samotni zbierają się razem przy misce curry (zaleca się ubiór w odcieniu żółci), a ci którzy tego dnia odnajdą swoją miłość wymieniają się różami
 

14 czerwiec:  Kiss Day
à to czas pierwszego pocałunku i najrozmaitszych wyznań
 

14 lipiec: Silver Day
à pary mają prawo zwrócić się do „senirów” z prośbą o sfinansowanie randki; sami zakochani wymieniają się podarunkami ze srebra
 

14 sierpień: Green Day
à pary ubierają się na zielono, spacerują w parkach i piją powszechnie znany trunek serwowany w zielonej butelce, czyli narodowe soju
 

14 wrzesień:  Music and Photo Day
à to dzień popełniania słodziutkich zdjęć, ale też zabawy do białego rana
 

14 październik:  Wine Day
à pary spotykają się w atmosferycznej restauracji i przy winie dyskutują nad jakością swojego związku i snują plany na przyszłość

21 październik:  Apple Day
à to wbrew oczekiwaniom dzień przeprosin; tym, którym zaszło się za skórę wręcza się wtedy jabłka (w języku koreańskim „sagwa” oznacza bowiem i jabłko i prośbę o przebaczenie)
 

11 listopad: Ppeppero Day
à zakochani wymieniają się czekoladowymi paluszkami przypominającymi kształtem datę 11/11
 

14 listopad: Orange and Movie Day
à zakochani piją sok pomarańczowy, który swoją kwaskowością ma przypominać im o bardziej „kwaśnych” momentach, które mogą w przyszłości nadejść; następnie udają się do kina
 

14 grudzień: Hug Day
à za oknem zima więc czas na małe przytulanko





Anna 2011-11-11 03:05:36 skomentuj (9)
Egzaminy



Obywatele Korei, jak co roku, postawieni zostali w stan gotowości alarmowej. Rząd zalecił większym firmom rozpoczęcie pracy godzinę później, żeby rozluźnić ruch uliczny. Przez całe dwadzieścia trzy minuty rano i trzydzieści minut po południu na niebie koreańskim nie pojawi się żaden helikopter ani odrzutowiec – czuwa nad tym koreańska armia. Nad placami budowy w tym samym czasie również zapaść ma bogobojna cisza. Nawet baza amerykańska zarzuciła dzisiaj wszelkie wojskowe ćwiczenia. Policja udostępnia rowery, samochody oraz motocykle dla zabłąkanych – każdy zainteresowany zadzwonić może pod numer alarmowy 112 i w toku ekspresowym uzyskać prywatny transport do miejsca przeznaczenia. Zwiększono częstotliwość przejazdów autobusów i metra oraz zamontowano tymczasowe oznaczenia, mające ułatwić tym bardziej zszokowanym dostęp do właściwego ośrodka. W okolicy dwustu metrów od punktów zapalnych ustanowiono kategoryczny zakaz przypadkowego parkowania. Bo dzisiaj właśnie prawie siedemset tysięcy koreańskich uczniów szkół średnich zdaje College Scholastic Ability Test, który otworzy im lub na zawsze zamknie dostęp do najlepszych uniwersytetów w kraju. A od tego jednego testu zależy ich całe przyszłe życie. Bez kitu. 

W kraju, gdzie rodzice koczują kilka nocy pod przedszkolem, żeby zapisać do niego swoje dziecko (wysupłując przy tym kilkanaście tysięcy dolarów na rok), gdzie uczniowie torturowani są nauką od świtu do później nocy po to, żeby dostać się na najatrakcyjniejszą uczelnię, egzamin ten jest chyba najbardziej dramaturgicznym doświadczeniem w całym życiu. Dostanie się do jednego z uniwersytetów SKY (Seoul University, Korea University, Yonsei University) otwiera furtkę do względnie pomyślnej przyszłości. Dyplom uniwersytetu, do którego się uczęszczało jest szczególnie ważnym kryterium nie tylko w walce o pracę w dobrej firmie, ale również warunkuje on jakość kariery zawodowej. Absolwenci tych samych uniwersytetów tworzą bowiem wewnątrzfirmowe kliki (od czasu do czasu odbywają się potajemne spotkania takich klubów) wspierając się nawzajem w różnego rodzaju przepychankach. Alma Mater (podobnie jak uczestnictwo w firmowych wypadach w góry, wydarzeniach sportowych, czy lojalność mierzona punktualnym stawiennictwem się w biurze) jest niezwykle znaczącą miarą przy wręczaniu promocji, delegowaniu pracowników za granicę, przemieszczaniu się między najatrakcyjniejszymi departamentami w firmie. Najlepiej, rzecz jasna, gdy pochodzi się z tego samego uniwersytetu, co top management. Sytuację tą spokojnie przyrównać można do przynależności partyjnej i prawideł, którymi rządzi się w niej sukces osobisty. Faktyczne dokonania jednostki i to, co sobą ona reprezentuje schodzą tutaj, jak realia pokazują, na bardziej odległy plan. 

Również u nas w firmie wszyscy przemieszczają się jakby na koniuszkach palców. Każdy zdaje się być bardziej jowialny wobec kolegów i pełen zapału w stosunku do swoich obowiązków. To jednak nie ze względu na College Scholastic Ability Test. My właśnie zdajemy nasz własny egzamin. Jak co roku oceniamy siebie samych i jesteśmy oceniani według widzimisię przełożonych ale też według przyznanego im rozkładu ilości dobrych i złych not, którymi muszą oni obdarzyć daną grupę. Pracownicy, którzy według kalendarza znajdują się o krok od pomocji (zwykle co cztery lata na niższych szczeblach), dostaną najpewniej wyższe oceny po to, żeby móc się przebić przez konkurencję międzydziałową. Reszta będzie musiała zadowolić się ochłapami. Problem w tym, że od oceny tej zależy, czy będzie się zarabiało więcej (i o ile), czy nawet... mniej. Niedługo rozpoczyna się szalony okres bonusów. Wszyscy piłujemy więc w skryciu szpony, obdarzając się przy przelotnych spotkaniach szerokimi uśmiechami.





Anna 2011-11-10 02:28:31 skomentuj (1)
Baseball




Mój pierwszy raz z baseballem przyniósł mi spory zawód. PWY zabrał mnie do pubu, na piwo, na domniemanie pełną emocji transmisję z meczu, w którym grał jego ulubiony zespół – Lotte Giants z Busan. Mimo dość dużego samozaparcia, którym się charakteryzuję, nie byłam w stanie spokojnie usiedzieć na krześle. Wiało bezdenną nudą – nawet z PWY nie dało się sensownie porozmawiać, bo siedział z nosem w ekranie. Przez trzy godziny nie zdarzyło się praktycznie nic. Ktoś zamachnął się kijem, rzadko kiedy w piłkę trafił, jak trafił to przebiegł się kilka metrów i po sprawie. Większość czasu gracze spędzali na obfitym spluwaniu kątem, obmacywaniu czapek, części twarzy i krocza w sobie tylko znanym języku migowym, mierzeniu się medialnie groźnym wzrokiem, zakładaniu i ściąganiu najrozmaitszych ochraniaczy głowy, łokci, łydek. Baseball ze mną zdecydowanie przegrał – wyparłam grę w najgłębsze poziomy podświadomości klasyfikując ją jako rozrywkę utracjuszy.

Jakiś czas potem musiałam udać się za granicę z powodu zmiany pracy i konieczności uaktualnienia wizy. Padło na pobliską Fukuokę. Tam z kolei los pchnął mnie w kierunku dwóch Amerykanów, przybyłych do Japonii w identycznym co ja celu. Po całym dniu zwiedzania tego skądinąd bardzo ślicznego miasta, dałam zaciągnać się na stadion baseballowy. Tylko dlatego że bolały mnie nogi. I dopiero wtedy klepka jedna z drugą zaskoczyły powodując iskrzenie ciekawości w moich synapsach. Towarzyszący mi młodzieńcy z godnym wysokiego odznaczenia zaangażowaniem (non stop siebie przekrzykiwali) raz jeszcze wytłumaczyli mi najważniejsze reguły gry i różne warianty strategii, które można byłoby zastosować w danej sytuacji. Sama gra zeszła jakby na dalszy plan – ważniejsze były emocje związane z analizą różnych taktyk oraz atmosfera dopingu podgrzewana skutecznie japońskimi trunkami. Bawiłam się wspaniale.

Skonfundowana tak przeciwstawnymi doświadczeniami zdecydowałam się na ich ostateczną konfrontację tym razem w realiach seulskiego stadionu Jamsil. Wybrałam się na mecz ponownie z PWY… i wpadłam po uszy. A to właśnie z powodu ambiance całego przedsięwzięcia. Jak okazało się fani każdej z drużyn zajmują wcześniej przeznaczone sobie sektory. Tam mają własnego wodzireja (często z bębenkiem zarządzającym) i grupę młodych dziewczęć w kusych spódniczkach, pięknie podrygujących na specjalnej platformie. Grupa ta, w zależności od przebiegu meczu, dyryguje ciągiem poszczególnych elementów dopingu – ludzką falą, kolejnością zastosowania miażdżących gadżetów marketingowych (flag, worków na głowie, pomponów z pociętych w paski gazet, plastikowych, podłużnych balonów i wielu innych), rozwijaniem na całym sektorze ogromnej flagi z logiem ulubionego zespołu, wyrzutnią konfetti (czasem nawet i fajerwerków) i podejrzanych dymów. Zgromadzenie takiej rzeszy zjednoczonych po jednej stronie sił wyzwala niesamowitą energię – są śpiewy (ileż jest różnych pieśni!), okrzyki, dzielenie się piwem i smażonym kurczakiem (na niektórych stadionach są nawet stanowiska barbecue), a nawet niekontrolowane i żywiołowe obściskiwania się. Po zakończonym meczu, bez względu na wynik gry, każdy po sobie (i nie tylko) sprząta i grzecznie, bez namiastki agresji, jeden po drugim, wychodzi na zewnątrz z uczuciem satysfakcji z dobrze spędzonego wieczoru. Pełna kultura.

Fani Lotte Giants mają reputację najzagorzalszych kibiców. Jeżdżą za swoją drużyną wszędzie, wierzą w nią bezgranicznie, przygotowują mobilizujące pieśni (i na wypadek home run i na wypadek błędu) oraz cały arsenał dopingujących bibelotów. Są niezwykle zdyscyplinowani i zorganizowani. I dlatego właśnie do ich szeregów zaliczają się nie tylko mieszkańcy Busan, czy pracownicy koncernu Lotte, ale właśnie ludzie tacy jak PWY – pochodzący dla przykładu z Seulu i pracujący dla konkurencyjnych firm. Od czasu do czasu kibice Lotte posiłkowani są przypadkowymi obcokrajowcami i to pochodzącymi z kontynentu, gdzie baseball jest sportem co najmniej niszowym… Takimi, jak ja.




Zdjęcie: Fani Lotte Giants z charakterystycznymi, pomarańczowymi reklamówkami na głowie


Video: Po stronie Lotte Giants (mecz Lotte – LG)




Anna 2011-11-06 12:55:07 skomentuj (2)
Rice Cooker



Sue Young
poznałam we Francji. Zrządzeniem losu (jako jedyne pozostałyśmy bez studenckiego zakwaterowania) zamieszkałyśmy razem w dunkierskiej kamienicy bratając się w ogólnym niezrozumieniu dla dzikości harców odprawianych regularnie przez parę studentów francuskich mieszkających na parterze. Obie byłyśmy trochę na opak z tamtejszym środowiskiem i obie dosyć szybko przekonałyśmy się, że Francja jednak nie za bardzo nam podchodzi. (A moim zamysłem było przecież tam osiedlenie się...)

Sue Young
była pierwszą Koreanką (a nawet Azjatką), jaką kiedykolwiek spotkałam na swojej drodze. Mówiła świetnie po angielsku dzięki czemu po raz pierwszy zaczęłam zadziwiać się koreańskimi opowieściami z zupełnie innego wymiaru. Fascynowały mnie one niesamowicie, ale nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że rzeczywistość ta stanie się i moim udziałem. I to w tak zaawansowanym stopniu. Przy pożegnaniu Sue obiecała, że jeżeli kiedyś przylecę do Seulu to kupi mi ona rice cooker, które to urządzenie z zaciekawieniem oglądałam przy okazji każdych odwiedzin w jej kuchni. Obie na tę obietnicę roześmiałyśmy się wtedy z czułością.

Nasze długoletnie związki, w których byłyśmy przy poznaniu się (jej z Koreańczykiem, mój z Polakiem), legły w gruzach. Sue mieszka obecnie w Szwajcarii ze swoim szwajcarskim mężem. Ja mieszkam w Korei ze swoim koreańskim mężem. Do pracy, znowu jakimś dziwnym trafem losu, chodzę z jej młodszą siostrą (w samym centrum Seulu jest ponad 10 milionów ludzi!)... a w domu dogorywa ponad dziewięcioletnia rice cooker, którą Sue ofiarowała mi po moim dosyć nieoczekiwanym przylocie do Seulu już w rok po naszym pożegnaniu.

Życie to jedna wielka plątanina algorytmów z ludźmi jako zmiennymi wykopującymi ze znanej orbity na nowe lub wcześniej nawet niepomyślane ścieżki. Grunt to właściwie odczytać znaki i w ten sposób obrać sobie tylko przeznaczoną drogę. Czasem to wszystko aż przyprawia mnie o gęsią skórkę – to ze względu na nie zawsze dające się przewidzieć konsekwencje swoich wyborów. Częściej jednak algorytmiczna sieć możliwości, jakie oferuje życie, wywołuje u mnie nieposkromiony głód tego, co jeszcze przede mną...



 

Po lewej: stara, wysłużona, prosta w użytkowaniu (jeden przycisk) rice cooker ofiarowana mi przez Sue Young. Po prawej: moje nowe monstrum z elektronicznym panelem sterowniczym, które gada, syczy wypuszczaną pod ciśnieniem parą i gotuje praktycznie wszystko – ofiarowane każdemu pracownikowi przez moją firmę z okazji Chuseok (추석) – Świąt Dziękczynienia.





Anna 2011-09-15 10:52:53 skomentuj (11)
Ale jazda...




Na pewno nie jestem odosobniona w swojej niczym niewzruszonej niechęci do poruszania się transportem publicznym. Jedynie towarzystwo PWY zwykło było umilać mi podróż metrem odbywającą się najczęściej w pozycji puszkowej sardynki, pośród dousznych sapań współpasażerów, szturchańców łokciami i torebkami przepychających się za wsze czasy kobiet oraz z elektronicznymi gadżetami tudzież gazetami rozłożonymi mi tuż przed nosem. Niestety PWY zmienił jakiś czas temu pracę i teraz musi dojeżdżać do firmy znajdującej się za siedmioma górami i wielką rzeką Han. A drogę, ze względu na poważne utrudnienia logistyczne, pokonuje samochodem.

W zeszłym tygodniu, o pięknym skądinąd poranku, na widok PWY radośnie zmierzającego do naszego wozu niestety ale zagotowałam się. On w samochodzie, muzyka na pełen regulator, komfort post-sennej samotności, wiatr we włosach. Ja znowu ściśnięta, wymiętoszona, spocona, omdlewająca od zagęszczenia zapachów. Są takie poranki jednak, kiedy przed wypiciem dobrej cappuccino lepiej nie odzywać się – dlatego temat podjęłam taktycznie wieczorem, przy kieliszku wina. Jak się tego można było spodziewać, PWY pod naciskiem mojego czaru oraz niepodważalnych argumentów poddał się. Dostałam samochód, a on za siedem gór i wielką rzekę Han zaczął dojeżdżać metrem.

No i niestety - ja pierniczę taki interes. I nie jestem żadną ciamajdą, czy powieleniem stereotypu o kobiecie-kierowcy – wpycham się, gdzie mogę używając swoich umiejętności, zaskoczenia, intuicji i nieodpartego powabu. Robię to bezwzględnie i absolutnie bez żadnych skrupułów. Ale żeby 14km, które dzielą mój dom od miejsca mojej pracy pokonywać w prawie dwie godziny?? To ja, tak jak pisałam na początku, chrzanię taki interes. I to na całego. Wracam do domu upocona, z obolałym prawym półdupkiem i nogą od ciągłego naciskania pedałów. Gdybym do tego miała ręczną skrzynię biegów to bez mrugnięcia okiem popełniłabym harakiri na samym środku drogi. Już dwa dni temu. I te nerwy! Każdy manewr musi być w rytmie ekstremalnego „ppalli, ppalli” („szybko, szybko”), bo jak nie to Koreańscy kierowcy zapipczą klaksonami na bezrezonansową śmierć. Raz, kiedy chciałam przepuścić kobiecinę wyczekującą już najwidoczniej od dłuższego czasu na krawężniku, zawieszoną w pozie bacznej gotowości nad przejściem dla pieszych, to o mało nie ogłuchłam od dźwiękowej kanonady, którą mnie uraczono (w Korei niestety przechodzień nie ma absolutnie żadnych praw – nawet na zielonym świetle lepiej pięć razy się oglądnąć). Nie wspomnę już o motocyklistach, którzy wtryniają się przed samochód bez najmniejszego ostrzeżenia i w najmniej oczekiwanym momencie. W rezultacie po czterech dniach jazdy jestem chodzącym zombie.

Kluczyki deponuję już dzisiaj. Z pełną świadomością dezerteruję popijając przyjemnie buzujące wino. A jutro rano, z ogromnym uśmiechem na twarzy, wracam do swojej alei z pięknych drzew, pod którymi hurtem odlewają się tutejsi taksówkarze. I uszczęśliwiona wsiadam do metra. La Fin.



     
W Korei oprócz ogromnych korków wielkim problemem jest dostępność miejsc do parkowania. Stąd Koreańczycy dysponują szeregiem bardzo ciekawych rozwiązań – od przeszklonych budynków z metalowymi „siedziskami” dla pojazdów (samochody rotacyjnie przemieszczają się pomiędzy poziomami), po pokazane na filmie parkingi podziemne, gdzie zjeżdża się (ciaśniutką) windą w samochodzie.



 
  
To autostrada na ok. 600m przed zjazdem. Tak samo wygląda ona 2km wcześniej.






Anna 2011-09-01 14:29:13 skomentuj (8)
W szponach Korean Wave




Przez dziewięć lat, które spędziłam w Korei nie oglądnęłam ani jednej tutejszej opery mydlanej. Rozdzierania szat, krzyków, płaczu i emocji miałam aż w nadmiarze na co dzień. W domu chciałam mieć tylko święty spokój, ciepłego kota na kolanach, lampkę wina i dobrą książkę pod ręką. Dlatego też po pewnym czasie w ogóle pozbyłam się telewizora.

A jednak w końcu stało się – zachłanne łapy komercyjnej pułapki dopadły i mnie. Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze – „korean wave”, który to fenomen zaintrygował mnie na tyle, żeby przyjrzeć mu się trochę dokładniej. Francuskie nastolatki zaciskające w podnieceniu uda na Polach Elizejskich na widok koreańskich girls- i boysbandów. Szał na ulicach, spazmatyczne szlochy, a nawet próby mówienia i pisania po koreańsku. Przed Pałacem Kultury w Warszawie polskie nastolatki odtańcowujące jakieś absurdalne wygibasy z koreańskich teledysków. Czy to naprawdę współcześni „The Beatles”? Dalej idąc - koreańskie seriale biją rekordy popularności u azjatyckich sąsiadów – często są nawet bardziej chodliwe niż w samej Korei. O co w tym wszystkim chodzi? Druga rzecz to smartphony i diabelska od nich łatwość uzależnienia. Nowinki same pchają się na ekran żywione nieposkromioną papką z prostej ciekawości, nudy transportu publicznego i chęci odetchnięcia od wszystkiego, co śmiertelnie poważne. Nie sposób nie sprawdzić tego i owego. Gwoździem do trumny okazała się być moja trochę zbyt wrażliwa ambicja. Wokół mnie, jak grzyby po deszczu, wyrosła nagle grupa młodych, inteligentych Polaków, którzy swoje życie wiążą z Koreą, a w związku z tym intensywnie studiują język koreański. W moim napiętym grafiku czasu na uniwersytet niestety już nie ma – i tak ograniczyć muszę się do czegoś bardziej „zwiewnego”. Koniec końców padło na „Secret Garden”, która to „drama” okazała się względnie świeżą i bardzo popularną operą mydlaną.

Wpadłam. Ciężko mi się do tego z różnych powodów przyznać, ale wpadłam. Jest to serial bezprzecznie niedorzeczny, typowy zaprzątacz umysłu. Trąci jednak całkiem zgrabną lekkością, o którą koreańskich producentów nie podejrzewałabym po własnych doświadczeniach z mało wysmakowanymi komediami koreańskimi (co jest śmiesznego w zjedzeniu kanapki ze spermą?). Szczególnie ciekawa jest dla mnie może nie sama fabuła, ale przedstawienie kwintesencji relacji między tutejszymi kobietami i mężczyznami. Jest tutaj dużo kulturowej prawdy, ale podanej nie na talerzu przeciążenia przygnębiającą codziennością, a w sposób frywolnie zapakowany, z małą pstrokatą kokardką z przymrużenia oka. Serial sprytnie żongluje uczuciami więc nie można się nudzić – wzruszam się sporadycznie jak nastolatka, co w sumie przyjmuję z dużą ulgą; od czasu do czasu zaśmiewam się niekontrolowanie – niektóre sytuacje są po prostu przekomiczne. Uświadomiłam sobie dzięki temu, że moje reakcje są już chyba bardzo koreańskie. No bo cóż to aż tak wielkiego, kiedy mężczyzna w miejscu publicznym zmazuje piankę z cappuccino pocałunkiem, a potem tłumaczy to sucho i z rozbrajającą trzeźwością brakiem chusteczki, tak żeby sobie czasem dziewczyna nic z tego nie zrobiła? Otóż trzeba rozumieć Koreę, żeby zdać sobie sprawę jak bardzo ta scena jest naładowana podtekstem seksualnym (ja tam mało przy mojej własnej cappuccino nie wykipiałam – może też dlatego, że zachowanie takie jest baaaardzo typowe dla PWY). Przez dziewięć lat w Korei nie zdarzyło mi się zobaczyć pary, która całowałaby się w usta. Ba! – nawet w policzek! Pamiętam, że kiedy randkowaliśmy z PWY w metrze nie trzymaliśmy się nawet za ręce więc każde dotknięcie było jak porażenie prądem... Czasy bardzo się zmieniły, jasne, ale wciąż powierzchowna pruderyjność jest tutaj jednak codziennym konwenansem - z niektórymi mężczyznami okazującymi swoje uczucia znienacka i dokładnie w tej samej chwili negującymi je pod pozorami twardej racjonalności macho

No więc oglądam koreańską operę mydlaną, analizuję przy tym siebie, porządkuję to, co już o Korei wiem i uczę się tego, co mi ciągle obce. I chyba pierwszy raz w życiu zupełnie nic sobie z tego nie robię - po prostu dobrze się przy tym bawię...




 


Scena z cappuccino: 9m13s





Anna 2011-08-26 04:45:42 skomentuj (16)
Aparat



Jest młodziutka, śliczna, pewna siebie, niezwykle bystra, pełna entuzjazmu i wspaniałego poczucia humoru. Naprawdę cieszę się, że jest moją podopieczną.

Pewnego dnia przychodzi do pracy obolała, z napuchniętą buzią i przekrwionymi z niewyspania oczami. Pytam, co i jak. Okazuje się, że kazała sobie wyrwać dwa zęby. Dwa następne czekają do kolejki w następnym tygodniu. Dlaczego?

Chce być piękna. Będzie przez prawie dwa lata nosić aparat ortodontyczny, po to żeby zmienił się jej kształ twarzy ze znienawidzonego koreańskiego owalu w odwrócony do góry nogami trójkąt. Zmniejszy się jej też w ten sposób sama twarz, a mała twarz to w Korei jeden z ważniejszych kanonów piękna. Poza tym, z powodu bólu i przeszkadzających drucików aparatu będzie mniej jadła, a więc i schudnie.





Anna 2011-08-01 06:48:04 skomentuj (14)
Palau




Długo odkładane wakacje marzeń. Biały piasek, turkusowy ocean, słońce, dżungla; totalne zapomnienie gdzieś pomiędzy odmętami Pacyfiku. PWY staje w drzwiach i oświadcza, że jest gotowy do drogi. W ręce siatkówka z dwoma plastikowymi butelkami soju (koreańska wódka), dwoma papierowymi kubkami ramyeonu (koreańska zupka instant) oraz dwoma puszkami tuńczyka. Pełen romantyzm.

Drapię się po głowie w zadumie nad tym, jak inne mamy czasem wyobrażenie zarówno o niezbędnikach jak i przyjemnościach w tym życiu. Na szczęście rozpoznaję figlarny błysk w oczach PWY i już wiem, że jakoś pośrodku odnajdziemy się. Tak, jak robimy to każdego dnia.


16 lipca 2011


2011.07.17-25_Palau




Anna 2011-07-25 02:42:43 skomentuj (6)
Email Me



Księga Gości



Recenzje Książek



Zdjęcia Picasa



Komentarze
Adam Szostkiewicz Gra w klasy

Alter Egos
W Korei Koreańskie miraże.
Residues Wyładownia.

Nauka
Maiko Język japoński.

Branżowe
Bogdan Szymański Odnawialnie
Andrzej Szczęśniak Energetycznie.

Oglądam
iTVP Telewizja interaktywna.
ZDF Nachrichten.
TV5 L'actualité mondiale.
RTVE En directo.

Czytam
Polityka Niezbędnik Inteligenta
Przekrój Szerokie horyzonty.
Focus Nachrichten.
Hankyoreh Co słychać w Korei.
El Mundo Hiszpańska perspektywa.
Le Monde Francuski punkt widzenia.

Fotografia
Eric Lafforgue His trips. His pics. Rozwieram buzię.
Agnieszka Samouwielbienie.
Bart Przez Świat.

Na wygnaniu
Stardog Absurdalny i offowy
Anna Głód świata
7736km Tylko tyle dzieli Polskę i Koreę.
Monika Polska w oczach Koreanki.

Życie rodzinne
Maja Związki pomiędzy.


Seoul



Kwiaty Orientu

ECCA Polish